To się nie powinno było wydarzyć. Najpierw lata trzydzieste i ofensywa nacjonalizmu, od której Kościół katolicki przeważnie się nie odcinał. Potem dramat wojny i podwójnej okupacji – hekatomba narodu, w tym inteligencji i księży. Potem krótka powojenna ulga i ofensywa komunizmu – koniec marzeń o wolności. Wreszcie stalinizm, zero tolerancji dla każdego, kto chciał mieć wpływ publiczny, a nie wykazywał entuzjazmu dla modelu radzieckiego w polityce, gospodarce, kulturze.
Postępowi i hamulcowi
„Tygodnik Powszechny” wystartował w marcu 1945 r. jako czasopismo grupy katolików świeckich pod patronatem krakowskiego Kościoła, którym rządził wtedy kardynał Adam Sapieha. Michał Jagiełło ukazał rodowód i pierwsze najtrudniejsze lata „Tygodnika”. Urywa opowieść w 1953 r., kiedy umarł Stalin, a „Tygodnik” został zawieszony, bo nie chciał wydrukować pośmiertnego peanu na cześć Wodza Postępowej Ludzkości. Władze pozwoliły wydawać pismo pod tym samym tytułem grupie lojalnych wobec siebie katolików związanych z organizacją PAX. Ekipa prawdziwego „Tygodnika” poszła na bruk. Zwrócono im gazetę dopiero po trzech latach, na fali październikowej odwilży politycznej.
Jagiełło, jak archeolog, odkopuje warstwa po warstwie „przed-dzieje” krakowskiego katolickiego pisma społeczno-kulturalnego. Pierwszy krąg twórców i autorów „Tygodnika” wyszedł z przedwojennego ruchu katolików-odrodzeniowców. Nie mieli lekko. Polska przeżywała ostre waśnie na tle politycznym, społecznym i narodowościowym, świat zmierzał do nowej wojny, inteligencja była mocno podzielona – trochę jak w Polsce po stanie wojennym i później w czasie „wojny na górze” między obozami Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego, tylko inne były osie podziału.