Kiedy ostatni raz widział pan "Rejs"?
Z piętnaście lat temu.
Z czego teraz się pan śmieje oglądając ten film?
Ja na "Rejsie" w ogóle się nie śmieję. Chcę robić filmy serio, a ludzie się na nich śmieją. To mnie skazuje dożywotnio na komedie.
Czy (prawie) trzydzieści lat temu robiąc "Rejs" podejrzewał pan, że może to być polski film stulecia?
Nic za tym nie przemawiało, nawet poszlaki. To, że film ciągle się podoba, sprawia mi ogromną radość. Powstawał on w sposób tak spontaniczny, że aż niekontrolowany i ta spontaniczność zachowań może cieszyć i śmieszyć również dziś. Dziękuję czytelnikom "Polityki", że wybrali filmem stulecia film wyśmiewający komunę. Może w komunie było coś immanentnie śmiesznego, skoro śmieszy dzisiejszą młodzież, która nie wie, co to komuna.
W naszej ankiecie na trzech pierwszych miejscach znalazły się komedie. O czym to świadczy?
O tym, że widz wymaga od filmów nie tylko tego, żeby "poruszały tematy", ale żeby operowały sprawnie taką formą, która pozwoli to lekko strawić. Bawią mnie utwory, które "poruszają słuszne tematy", np. piosenki przeciw budowie tam i atomowym elektrowniom. Odpowiedniejsze byłyby tu inne formy wyrazu, np. demonstracja pod Sejmem lub blokada drogi. Teraz ludzie nie wymagają od artystów, żeby byli kaznodziejami. Po kazania chodzą gdzie indziej.
To już w ogóle nie wierzy pan w posłannictwo sztuki?
Bardzo wierzę, ale wymaga to ogromnego talentu, a nie tylko dobrych chęci. Bo często artysta bez talentu łapał się za słuszny temat, a decydenci mówili: "może to nie jest najlepszy utwór, ale jakże aktualny!" Zamiast wagi talentu była waga tematu. Tymczasem do ważnych tematów powinni być dopuszczani tylko wielcy reżyserzy.