Archiwum Polityki

Dziecięca choroba posiadania

Pewnego dnia ubiegłoroczne trampki twego dziecka okazują się wieśniackie, a wymarzony tak niedawno rower - całkowicie obciachowy. Nagłej i nieodwołalnej dyskwalifikacji ulegają elementy przyodziewku, zabawki i gadżety. Plastikowa wersja bohatera kreskówki, koszulka o określonym kroju, komputer o imponującej przed chwilą pamięci operacyjnej żyją rok, ba, sezon. Z pewnością wielu dorosłych dowiaduje się właśnie, że hitowe w minionym roku szkolnym plecak i piórnik są już kompromitujące. Współcześni rodzice (również ci, którzy odnajdują niekłamaną radość w konsumpcji i podążaniu za modą) zauważają, że dzieci - bardzo powszechnie, już kilkuletnie nawet - wdają się w coraz gwałtowniejszą pogoń za przedmiotami, zaś satysfakcja z ich posiadania trwa absurdalnie krótko. Walczyć z tym czy - wzorem niektórych socjologów - poprzestać na konstatacji, że najmłodsza generacja to już zupełnie nowe społeczeństwo: zbiorowość doskonałych konsumentów?

Pokolenie dzisiejszych polskich czterdziestolatków charakteryzuje się pewnym wspólnym doświadczeniem, intensywnie pielęgnowanym we wspomnieniach. Nazwać je można marzeniem o pierwszych dżinsach z Peweksu. Z jakąż dumą i wzruszeniem generacja ta nosiła na siedzeniach certyfikat jakości w postaci skórzanej naszywki "rifle", "wrangler", "levis".

Toteż czterdziestolatkowie-rodzice wsłuchują się w pragnienia swoich kilku- i kilkunastoletnich potomków ze zrozumieniem, doceniając zresztą swoich rodziców, którzy kosztem wyrzeczeń zaspokajali niezbywalne potrzeby dzisiejszych czterdziestolatków w dziedzinie gramofonowych longplayów, magnetofonów marki Grundig, rowerów-składaków, enerdowskich zegarków Ruhla itd.

Polityka 36.1999 (2209) z dnia 04.09.1999; Raport; s. 3