W Iraku zajmują się wszystkim – od ochrony lotnisk po bezpieczeństwo osobiste amerykańskiego namiestnika Bagdadu Paula Bremera. Świadczą też usługi niewinne – na przykład dostarczają armiom sojuszniczym żywności, czyli dbają o kuchnię, w której przygotowuje się łatwe do podania półprodukty, jak nieśmiertelny kurczak w papce z ryżu w przyprawach orientalnych i niejadalne hamburgery. Obsługują też więzienia, lecz bez usług w zakresie tortur.
Nie lubią, jak się o nich mówi „najemnicy”, choć literatura fachowa nie zna innego określenia jak mercenaries. Wolą zwać się „żołnierzami fortuny”. Jako wojsko zaciężne mają swoich poprzedników w Gwardii Szwajcarskiej, legii cudzoziemskiej czy formacjach Gurkhów w armiach brytyjskiej i indyjskiej. Lecz jako żołnierze prywatni porównywani są raczej z „psami wojny”, czyli zbieraniną zabijaków spod ciemnej gwiazdy.
Termin „psy wojny” upowszechniony został przez Fredericka Forsytha, korespondenta Reutera najpierw w Pradze, potem w Afryce, który obserwował najemników w Katandze i Biafrze, a potem napisał o nich powieść pod tym właśnie tytułem. Jeden z nich, Afrykaner płk Mike Hoare, sam napisał o sobie powieść „Najemnik”, w której przyznał, że żałuje dwu rzeczy: iż jego działalność kosztowała tak wielu zabitych i rannych (po stronie dowodzonej przez niego grupy) i że nigdy nie udało mu się zaprowadzić dyscypliny, która upodobniałaby jego komando do normalnej jednostki wojskowej.
Tak czy owak metafora Forsytha jest obraźliwa zarówno dla ludzi jak i dla czworonogów, bo zwierzęta służą w różnych armiach: w Pakistanie komary, w Indiach wielbłądy i słonie, a w wojskach europejskich psy jako takie. Istnieje na ten temat ogromna literatura fachowa.