Archiwum Polityki

Czeczeni, Rumuni, Ormianie...

Gdyby norweski frachtowiec z 433 azjatyckimi uchodźcami na pokładzie chciał zawinąć powiedzmy do Gdańska, to czy nasz rząd pozwoliłby zejść im na ląd? Kto zająłby się wówczas tyloma uchodźcami? Jak my jako społeczeństwo przyjęlibyśmy takich gości? Nie są to tylko teoretyczne pytania. Już w 1990 r. mieliśmy spore kłopoty, kiedy to szwedzkie władze imigracyjne deportowały promami do Świnoujścia kilkuset obywateli państw arabskich i afrykańskich.

Różnica między sytuacją Australii dziś a Polski w 1990 r. polega na tym, że Szwedzi odesłali nam cudzoziemców, którzy podróżowali tranzytem na podstawie ważnych polskich wiz, a do Szwecji wjechali na podstawie sfałszowanych wiz tego kraju. Musieliśmy więc ponownie ich przyjąć. Do Polski trafiło też wtedy 52 Albańczyków. Kiedy ich rodacy tysiącami uciekali do Włoch, akurat ci schronili się w naszej ambasadzie w Tiranie. Obie grupy cudzoziemców umieszczono w ośrodkach wypoczynkowych, a opieką otoczył ich PCK.

Polityka 37.2001 (2315) z dnia 15.09.2001; Świat; s. 34