Archiwum Polityki

Black Christmas

Gdy do wysokiej temperatury dodać silny wiatr i suchy busz, który rozciąga się na przestrzeni tysięcy kilometrów, a często także rękę podpalacza – skutki muszą być fatalne. W Australii rzecz jasna nie ma White Christmas, białego śnieżnego Bożego Narodzenia. Ale tegoroczne Black Christmas, czarne od dymu i zgliszcz, Australijczycy zapamiętają na długie lata. Ognia, który wtedy wybuchł, ciągle nie można ugasić.

Od 24 grudnia płoną pola i lasy na wschodzie Australii. Z pożarem walczy 20 tys. strażaków. Trudno sobie wyborazić: ogień objął ponad pół miliona hektarów. Zniszczył 170 domów. Według oceny ministra do spraw katastrof w stanie Nowa Południowa Walia Boba Debusa, koszty walki z żywiołem przekroczyły już 70 mln australijskich dolarów (ponad 40 mln euro). W pewnym momencie groza zawisła nad Sydney, wokół którego naliczono około 80 pożarów. Deszcz, jaki spadł w nocy z 7 na 8 stycznia, przyniósł tylko chwilową ulgę.

Polityka 3.2002 (2333) z dnia 19.01.2002; Świat; s. 40
Reklama
Ilustracja. Osoby czytające Politykę na różnych nośnikach.

Dołącz do nas!

Będziesz mógł czytać wszystkie teksty autorów „Polityki”.

Subskrybuję

Jesteś już prenumeratorem?

Zaloguj się >