Archiwum Polityki

Kociaki z rodowodem

Ogromnie się wzruszyłem, czytając najciekawszy tekst zamieszczony w „Naszej Polsce”: – „Miłośnikowi! Śliczne, młode kociaki persy z prawicowym rodowodem sprzedam. Tel. ...”. Podejrzewam, że ze sprzedażą będzie tak, jak ze sprzedażą tygodnika „NP”. Ale o kocięta prawicowe jestem spokojny. Na pewno ktoś je przygarnie. Taki obyczaj, taki fason – prawica w odwrocie i rozsypce, trzeba więc okazać jej trochę miłości, życzliwego wsłuchiwania się w każde miauknięcie spod nastroszonych wąsów. Dla kizi mizi z prawicowym rodowodem zawsze wygospodaruje się miejsce na kanapie. Musi być obecna jako krytyk, komentator, ekspert, autorytet. Tego wymaga swojska odmiana politycznej poprawności. Chociaż prowadzący dyskusję z góry wie, co powie zaproszony – udziela głosu i cierpliwie wysłuchuje monologu w kwaśnym sosie. Bieda, że coraz trudniej znaleźć monologistów. Tych z pierwszego szeregu zabrakło. Ich zmiennicy dopiero rosną, żeby można ich było dostrzec – w drugim, trzecim, czwartym szeregu. Oglądałem niedawno przywódcę Ligi Polskich Rodzin w programie Moniki Olejnik. Rozmawiano o Unii Europejskiej. Jedyny problem trapiący mecenasa dotyczył kwestii, jak z tej Unii wyjść. Zapobiegliwy człowiek. Jeszcze nie wszedł, już myśli o wyjściu. Jak gość w restauracji, który przed skosztowaniem potraw przewiduje, że najbardziej zaszkodzi mu rachunek. Gdyby z akwarium wypłynęła złota rybka i zapytała, jakie życzenie ma spełnić, lider Ligi odpowiedziałby niechybnie:
– Chcę być sam złotą rybką! A ty spływaj, mała.

Kiedy patrzę na przydawanie znaczenia obsesyjnym nudziarzom i powielaczom banałów – rozumiem tych, którzy podtykają im mikrofony i puszczają w ruch kamery.

Polityka 3.2002 (2333) z dnia 19.01.2002; Groński; s. 86
Reklama