Archiwum Polityki

Kto po Blairze

Tony Blair nie chce, ale będzie musiał odejść. Najnowsze sondaże dają konserwatywnej opozycji osiem punktów przewagi nad rządzącą Partią Pracy. Blair dokonał cudu, wyciągając laburzystów po 18 latach z poczekalni do władzy i wygrywając trzykrotnie wybory powszechne. Ma wszystkie zalety lidera demokracji telewizyjnej i realne osiągnięcia – spadek bezrobocia, wzrost dobrobytu. Ale odkąd po 11 września stał się najwierniejszym sojusznikiem ekipy Busha, jego popularność malała wraz z rosnącym sprzeciwem Brytyjczyków wobec polityki USA. Przed ostatnimi wyborami w 2004 r. Blair obiecał publicznie, że nie będzie się ubiegał o urząd premiera po raz czwarty. Odebrano to jako sygnał, że zużyty politycznie premier przekaże wkrótce władzę Gordonowi Brownowi, kanclerzowi skarbu. Ale czas płynął, notowania „pudla Busha” (jak Blaira przezwali kontestatorzy) dalej spadały, a tu nic. Na dodatek Blair poparł Izrael i USA w konflikcie libańskim. W partii wybuchł otwarty bunt – ustąpienia premiera zażądała teraz grupa laburzystów w Izbie Gmin i aż ośmiu członków jego rządu. Blairowi zajrzał w oczy polityczny los pani Thatcher, którą jej własna partia też zmusiła do odejścia w 1990 r., kiedy stało się jasne, że zamiast przyciągać, zaczyna odstraszać wyborców. Pod presją rebeliantów i części mediów Blair wydusił, że odejdzie w ciągu roku, ale na własnych warunkach. Czy jego wielki rywal Gordon Brown, autor gospodarczej prosperity ostatnich lat, zechce czekać aż do przyszłorocznych wyborów samorządowych? I czy ma faktycznie kwalifikacje na premiera? Uchodzi za ponurego socjalistę starej szkoły, gotowego teraz dociążyć podatkowo klasę średnią i wycofać się z Afganistanu i Iraku.

Polityka 37.2006 (2571) z dnia 16.09.2006; Ludzie i wydarzenia. Świat; s. 18
Reklama