Archiwum Polityki

Idzie magister na doktora

Połowa obecnych doktorantów nigdy nie zamierzała i nie planuje zajmować się nauką. Przed tygodniem publikowaliśmy Raport z codziennego życia i pracy młodych naukowców. Teraz nieco więcej informacji o tym, jak kształci się przyszłych ludzi nauki, kto garnie się do tej pracy, a kto ucieka – nim ją podejmie.

Kształcenie kadry naukowej w krajach Unii Europejskiej odbywa się na dwa sposoby. W tradycyjnym systemie niemiecko-brytyjskim młodzi adepci wdrażają się do obowiązków akademickich pod kierunkiem mistrza o ugruntowanym dorobku. Początkujący naukowiec jest asystentem profesora – łączy udział w pracach badawczych i pogłębianie własnej wiedzy z pracą ze studentami, podczas której nabywa umiejętności dydaktycznych. W drugim systemie, nazywanym amerykańskim i lansowanym jako nowocześniejszy, adepci kształcą się na studiach doktoranckich, będących jak gdyby przedłużeniem studiów magisterskich. W samych Stanach Zjednoczonych obowiązuje system mieszany: studia doktoranckie łączy się z prowadzeniem badań w konkretnych instytutach. Zdaniem ekspertów OECD jest to system skuteczniejszy od tego, który w Europie nazywa się amerykańskim. Kształcona rzekomo „po amerykańsku” młodzież europejska skarży się na masowość i anonimowość tych studiów, na brak kontaktów mistrz–uczeń. W Niemczech wielu ankietowanych przez OECD profesorów nie wiedziało nawet, ilu doktorantów mają pod swoją opieką.

W Polsce powszechna do niedawna asystentura jako droga uzdolnionego absolwenta do doktoratu i kariery naukowej praktycznie zanikła. Jej uwiąd był nie tyle wynikiem pędu do kształcenia „po amerykańsku”, ile efektem prozaicznych kalkulacji. W połowie 1991 r. minister edukacji wydał rozporządzenie w sprawie studiów doktoranckich: ich uczestnicy zostali uwzględnieni w tzw. algorytmie dotacji budżetowej, przyznawanej wyższym uczelniom. Dotacja na doktoranta jest przy tym pięciokrotnie większa niż na studenta, natomiast magistra na etacie asystenta w ogóle nie uwzględniono w algorytmie. Aby zdobyć pieniądze (był to już czas ograniczania nakładów na naukę i edukację, które w gospodarce wolnorynkowej miały radzić sobie same), uczelnie zaczęły intensywnie rozwijać studia doktoranckie, a przestały zatrudniać zdolnych młodych ludzi przed doktoratem.

Polityka 11.2001 (2289) z dnia 17.03.2001; Kraj; s. 39
Reklama