Archiwum Polityki

Bez oczarowania

[nie zaszkodzi przeczytać]

Siri Hustvedt: Oczarowanie Lily Dahl. Tłum. Magdalena Słysz. Noir Sur Blanc. Warszawa 2000, s. 274

Jest tutaj i prowincja, i Marylin Monroe, i knajpka, do której na śniadanie wpadają starzy bywalcy, i galeria outsiderów. Słowem, prozę Siri Hustvedt wypełniają klasyczne figury ze współczesnej amerykańskiej powieści. Jest jeszcze tytułowa bohaterka – dziewiętnastolatka z artystycznymi aspiracjami, która wdaje się w romans ze starszym o kilkanaście lat malarzem.

Hustvedt zna pisarskie sztuczki: aby zatrzymać odbiorcę przy lekturze, wpisuje w fabułę wątek kryminalny. A ponieważ jest to również „psychoanalityczna” powieść o dojrzewaniu – samopoznaniu, pożegnaniu z dzieciństwem i wejściu w dorosłość – nie może zabraknąć kobiecej fizjologii oraz szczypty seksu. Czytaniu „Oczarowania Lily Dahl” towarzyszy myśl, że ta powieść została napisana według recepty na hit. To znaczy ma się ona dobrze czytać, nie może być ani za głupia, ani za mądra oraz powinna mieć klarownie wyłożoną tezę. W takim razie jeżeli państwo łakniecie niezobowiązującej, trzymającej w napięciu historii, to „Oczarowanie...” spełnia wszelkie tego warunki. Problem w tym, że autorka, przypuszczam, nie chciała popełnić wyłącznie czytadła do poduszki. Zdradza to próba wyrafinowanej formy: przenikający się z urojeniami i mitami realny świat, do którego zrozumienia kluczem mają się stać senne symbole. Ten świat posiada jednak za mało mocy, aby wciągnąć czytelnika w pełną wątpliwości i niedopowiedzeń grę o ludzką duszę. Ale dla wytrwałych miłośników twórczości autorki „Oczarowania...” ciekawostka. Otóż Hustvedt – prywatnie żona Paula Austera, popularnego pisarza i reżysera – postać zabójczo przystojnego malarza wzorowała na mężu.

Polityka 23.2000 (2248) z dnia 03.06.2000; Kultura; s. 64
Reklama