Archiwum Polityki

Lenin z fioletowym nosem

Hutnicy, traktorzystki i przywódcy partyjni upozowani w teatralnych gestach, nieodmiennie pełni radości i optymizmu malującego się na twarzach. Akademicki porządek kompozycji, pospieszna bylejakość malarska i infantylizm psychologiczny. Właśnie tak z reguły pamiętamy sztukę socrealizmu. Otwarta niedawno w stołecznej Zachęcie wystawa „Nowocześni 1948–1954” uświadamia, że rzeczywistość artystyczna tych czasów była nieco bardziej skomplikowana.

„Socrealizm polski, gdy patrzeć nań z dzisiejszej perspektywy, może wydawać się aberracją kulturalną i programową niedorzecznością” – pisał Zbigniew Jarosiński w książce „Nadwiślański socrealizm”. Nic więc dziwnego, że przez długie lata milczeliśmy na jego temat wstydliwie, pragnąc zapomnieć o tej niechlubnej karcie historii kultury. Gdy w końcu przyszedł czas na rozliczenia i bilanse, zbyt często osądy wygłaszano według matrycy czarno-białej, dzielącej pisarzy, malarzy, kompozytorów i reżyserów na tych gorszych, którzy ulegli ciśnieniu systemu, i na tych szlachetnych, którzy przetrzymali, nie splamili się i wytrwali w artystycznej niezależności.

Polityka 18.2000 (2243) z dnia 29.04.2000; Kultura; s. 47