Archiwum Polityki

Bez roboty

Polska mapa bezrobocia przypomina mozaikę depresji i nizin. Na samym dnie – obszary bezrobocia beznadziejnego: żadnych szans na jakiekolwiek zajęcie. To niektóre miasteczka zbudowane wokół upadłego dziś zakładu albo popegeerowskie wsie. Nieco wyżej – pierścienie małych miast, gdzie resztką sił ciągną nieliczni przedsiębiorcy, którzy w gruncie rzeczy są potencjalnymi ofiarami bezrobocia. Potem – duże miasta ze starym przemysłem już po albo tuż przed wielkimi zwolnieniami grupowymi. Wreszcie samotne wyspy – miasta wielkie, pozornie niezagrożone, ale i tam bytują rzesze półbezrobotnych, chwytających się jakichkolwiek zajęć. Oficjalnie mamy dziś 14-procentowe bezrobocie, ale 25 proc. to nie jest wcale najczarniejszy scenariusz, którym straszą dziś ekonomiści i politycy. Lecz bardziej jeszcze wstrząsające od statystyk są jednostkowe losy tej armii zdegradowanych. Jak się żyje bez pracy?

Pierwsi klienci powiatowego i miejskiego pośredniaka przychodzą pod urząd przy ul. Niecałej w Lublinie już kilka minut po piątej rano. Chcą być pierwsi, gdy urzędniczka wywiesi na tablicy świeże oferty pracy. O dziewiątej, a może o dziesiątej. Siedzą w kucki przy krawężniku, przy schodach, popalają, popluwają. Po siódmej, gdy już jest otwarty minimarket na sąsiedniej ulicy, 35–40-letni mężczyzna zachęca: – No to jak, pukniemy jakieś winko?

Jest dwóch chętnych. Po chwili trójka znika za rogiem.

Polityka 48.2000 (2273) z dnia 25.11.2000; Raport; s. 3