Archiwum Polityki

Bardzo wiele Rumunii

W starym dworzyszczu w mieście Braszow działa restauracja urządzona w stylu średniowiecznym. Pod kwaśną ciorbę i klopsiki z baraniny kwintet smyczkowy miejscowej filharmonii przygrywa gościom cygańskie kawałki; arie z „Traviaty” wykonują, przechadzając się między rzędami stolików, zawodowi śpiewacy operowi, a dwie sympatyczne gimnastyczki urozmaicają całość szpagatami i staniem na rękach. Wszyscy oni pracują tutaj, żeby dorobić i dociągnąć jakoś do pierwszego. Zagranicznemu klientowi przychodzi na myśl, że ów absurdalny koktajl cygańszczyzny, wysokiej sztuki i gimnastycznego wyczynu w średniowiecznych dekoracjach to metafora dzisiejszej Rumunii.

Z dzisiejszą Rumunią obcokrajowiec styka się już w samolocie linii lotniczej Tarom. To pierwsze zetknięcie jest nieoczekiwane, choć przyjemne, ma bowiem postać pięćdziesięciodolarowego banknotu. Co prawda banknot jest tylko imitacją – zaproszeniem do jednego z bukareszteńskich kasyn, ale – jak wyjaśnia instrukcja na odwrocie – w owym kasynie można je wymienić na prawdziwe żetony.

Dla zagranicznego turysty dzisiejsza Rumunia to już nie tylko kraina księcia Drakuli i niedźwiedzi.

Polityka 48.2000 (2273) z dnia 25.11.2000; Na własne oczy; s. 108