Archiwum Polityki

Rejs w ciemno

Kontrakt trwa najczęściej sześć miesięcy. Każdy chce wrócić na święta do domu. A w styczniu znów się zamustrować, żeby zejść na ląd w wakacje. Na morzu mówi się o kobietach, sporcie, samochodach. Na lądzie – o morzu. I o ponurej loterii, jaka jest dziś udziałem większości polskich marynarzy.

Kiedy tankowiec Athenian Olympic zaczął się łamać, oficer A. pomyślał o swoim farcie, o tym, jak kilka lat wcześniej uniknął śmierci. Miał wówczas popłynąć na Athenian Venture, też tankowcu. W ostatniej chwili zastąpił go kolega. Athenian Venture pękł na pół u wybrzeży Nowej Funlandii. Cztery tysiące ton bezołowiowej benzyny rozlało się wokół kadłuba, iskry z rwących się kabli zamieniły ją w morze ognia. Płomienie wyssały tlen w promieniu kilkuset metrów. Tylko starszy mechanik zdążył wyskoczyć za burtę, drzwi jego łazienki wychodziły wprost na pokład. Spłonął w wodzie. Ciało w zwęglonym kapoku zidentyfikowano na podstawie dokumentów w kieszeni spodni. Zachowały się, bo były pod wodą. Pozostali zginęli na statku. Dwudziestu czterech marynarzy i pięć kobiet. Żony zaproszone na wycieczkę.

Athenian Venture to był stary tankowiec. Grecki armator kupił go od Polskich Linii Oceanicznych i zarejestrował pod panamską banderą. Rozerwany wrak dopalał się jeszcze przez dwa tygodnie.

Morski styczeń

Na pustawym zwykle korytarzu biurowca Agencji Morskiej w Gdyni w styczniu kręcą się ogorzali mężczyźni. Dowcipy, śmiechy, klepnięcie w plecy, uścisk dłoni, szelest wertowanych kartek kontraktu. Tak jak w blisko setce innych firm pośredniczących w zatrudnianiu polskich marynarzy.

U rodzimych armatorów trudno o pracę. Mają stałe załogi. Trzy czwarte polskich marynarzy mustruje się więc na statki zagranicznych armatorów, pływających pod tak zwanymi tanimi banderami (patrz ramka).

Starszy marynarz Michał Czekalski uważnie czyta swój kontrakt. Kontenerowiec Kasandra, armator grecki, bandera cypryjska, pensja 1100 dolarów za miesiąc. Odszkodowanie w razie śmierci: 40 tys. dolarów dla żony i 8 tys. dla każdego dziecka.

Znam takich, co podpisują, ale z angielskiego rozumieją tylko cyfry.

Polityka 2.2000 (2227) z dnia 08.01.2000; Kraj; s. 28
Reklama