Archiwum Polityki

Wara!

Właścicielka działki na warszawskich Siekierkach Franciszka Szklarska, starsza schorowana pani, dała sobie radę z całym magistratem – na wiele miesięcy zablokowała budowę Trasy Siekierkowskiej, najważniejszej stołecznej magistrali. Rolnicy protestujący przeciwko rurociągowi jamalskiemu prawie spowodowali krach inwestycji niewyobrażalnie śrubując ceny za swoje działki. Mieszkańcy Osetnicy, nawet przekupywani wodociągiem i rozbudową sieci telekomunikacyjnej, nie zgadzali się na budowę spalarni mającej służyć połowie województwa. Kiedy runął maszt radiowy w Konstantynowie, mieszkańcy zablokowali budowę nowego. Do ich protestu przyłączyli się astronomowie, twierdząc, że maszt utrudni badania. Mieszkańcy warszawskiego Ursynowa nie chcą autostrady Moskwa–Berlin. Społeczność pewnej wioski na Lubelszczyźnie domagała się utrzymania nierentownego przystanku kolejowego. Tory zablokowano, przystanek się ostał. Naród poczuł swoją moc. Krzyczy, zakłada komitety, blokuje, protestuje. Ma rację, czy jej nie ma – nieważne. Byle było głośno i masowo, wtedy przeważnie postawi na swoim. To z kolei – lawinowo – zachęca następnych. Tak demokracja protestu zamienia się w dyktaturę.

70 proc. pozwoleń na budowę wydawanych w gminie Warszawa Centrum od razu jest przez kogoś oprotestowanych. Andrzej Kin, zastępca dyrektora gminnego Wydziału Urbanistyki i Architektury, ujmuje to bardziej obrazowo: – Nie można nawet wbić łopaty w ziemię, żeby ktoś natychmiast nie zaprotestował. Amerykanie nazwali to syndromem NIMBY, Not In My Backyard, byle nie u mnie.

W istocie najczęściej podnoszą larum najbliżsi sąsiedzi planowanej inwestycji, którzy jako strona w postępowaniu wyliczają niedogodności, jakie budowa sprowadzi na ich głowy.

Polityka 15.2000 (2240) z dnia 08.04.2000; Raport; s. 3