Archiwum Polityki

Osiem i pół godziny

Może udałoby się zapomnieć. Sypiać normalnie. Może każdy szczegół tamtych dni nie powracałby tak natrętnie i często, gdyby Ewa nie spotykała ciągle Jarzębskiego. Gdyby nie gapił się i nie uśmiechał bezczelnie. Czy matka może żyć normalnie, mijając na ulicy mężczyznę, który porwał jej dziecko?

Najpierw był telefon. Za kwadrans dziewiąta. Głos był niewyraźny, trochę bełkotliwy. Ewa zrozumiała tylko „100 tys. dolarów”. Pomyślała, że to jakiś żart i szybko rzuciła słuchawkę. Za chwilę znów zadzwonił i wtedy usłyszała więcej: „Mamy twojego syna, a ty trzy dni, żeby zapłacić 100 tys. dolarów. Jeśli nie, on zginie”. A potem jeszcze raz i jeszcze raz to samo. To była taśma.

Żart?

Mąż Ewy, Michał, wskoczył do samochodu. Do szkoły. Zazwyczaj zawoził Karola autem, ale tym razem syn poszedł pieszo. Chyba dlatego, że lekcje zaczynały się od drugiej godziny. Poza tym to tylko dwa kilometry. Karol miał już prawie 15 lat. To były jego pierwsze dni w liceum. Tysiące dzieci chodzą do szkoły pieszo.

W szkole Karola nie było.

Polityka 40.2000 (2265) z dnia 30.09.2000; Kraj; s. 20
Reklama