Archiwum Polityki

Nie z roli, nie z soli, lecz z symboli

Opowiadano mi, jak to pewien bachor przyszedł na świat i zaraz wrzasnął:
– Jestem mokry, goły i głodny. Cholera, ładnie się zaczyna!

Nie znam się na dzieciach. Ręczę jednak, że gdyby w pobliżu znajdowała się kamera telewizyjna – noworodek śmiałby się rozkosznie od ucha do ucha i machał pulchną łapką pozdrawiając mamusię, tatusia, ciotunię i domowych. Takie dziś obyczaje, takie czasy. Kibole przychodzą na stadion nie po to, by oglądać kopanie piłki, ale wzajemną kopaninę. Wtedy jest szansa, że kamera zarejestruje buźkę pełną ekspresji. Prosty stąd wniosek: piłkarze nie są w ogóle potrzebni. Wystarczy zainstalować na stadionie kilka ekip telewizyjnych w hełmach i kuloodpornych kamizelkach. Potem wpuszcza się łysoli spragnionych popularności. Gwizdek – i niech się leją. Mniej fartownych zobaczą rodziny i grupy koleżeńskie na noszach, podczas załadunku do karetek. W zależności od rodzaju ran i obrażeń drużyny kibiców będą pierwszo-, drugo- i trzecioligowe. Kto przeżyje, wolnym będzie. Spełni się jego marzenie: zaistniał medialnie.

Podobnie rzecz ma się z festiwalami piosenki. Płacąca za bilety ludożerka chętniej ogląda siebie niż podskakującą panienkę o temperamencie kukułki ze starego zegara. To złudzenie, że ludziska przychodzą po to, by cieszyć wzrok i słuch występami potomków Sabały i Wnuk-Nazarowej. Chodzi im o to, by na wizji rozwinąć transparent z życzeniami dla Heni czy Stasi, pozdrowić Zenka, pokazać znajomym z Parzęczewa, jak świetnie się bawią wtulając się w swoje nadwagi. A że właśnie wtedy na estradzie buczy jak lokomotywka sprowadzony po dwudziestu latach włoski hydraulik? To jedynie tło, element scenografii. Zresztą każdy wie: na hydraulika długo się czeka.

Polityka 36.2000 (2261) z dnia 02.09.2000; Groński; s. 93
Reklama