Archiwum Polityki

Istria: klin historii

W Café Valentino bierze się przy wejściu poduszkę. Zamiast przy stoliku można usiąść na skałce i wpatrywać się w grę świateł na nocnym morzu, sącząc drinki zakochanych lub samotnych. Morze uderza delikatnie o brzeg, o który oparła się kafejka. W głębi nocy mrugają światła portu, dokąd przypływa prom z Wenecji. Jesteśmy w Rovinju. Po włosku: Rovigno, wszak zaledwie pół wieku temu półwysep Istria należał do Italii.

Ale żeby spędzić tydzień czy dwa w tym zakątku dzisiejszej Chorwacji, trzeba włożyć trochę wysiłku. Nie, to nie kosztuje wiele, ani pieniędzy, ani czasu, jeśli w ogóle macie ochotę na wspaniałe wakacje w słońcu i filmowych pejzażach. Tysiąc kilometrów z okładem dzielących Istrię od Krakowa czy Warszawy da się pokonać w dobę, półtorej, a nawet prędzej. Jeśli nie obawiacie się przejazdów górskimi tunelami (niektóre po kilkaset metrów, inne po kilka kilometrów) i wspinaczki na górską przełęcz, szosy Słowacji, Austrii i Słowenii, a w końcu i Istrii, choć tu często kręte, strome i wąskie, poprowadzą was niechybnie do celu.

Polityka 35.2000 (2260) z dnia 26.08.2000; Półprzewodnik Polityki; s. 38