Archiwum Polityki

Dom pod kontrolą

Wybory prezydenckie przegrał nie tylko Marian Krzaklewski, ale także jego charakterystyczne hasło wyborcze, którego część brzmiała „Rodzina na swoim”. Nie chodziło w tym sloganie tylko o powszechne uwłaszczenie – wówczas można było użyć choćby zwrotu „Obywatele na własnym” – ale właśnie o rodzinę. Jednostka niczym, rodzina wszystkim – takie było jego przesłanie. W klipie wyborczym Krzaklewski oznajmiał, że liczy na głosy polskich rodzin, czym od razu wykluczył z grona swoich wyborców osoby samotne. Nic w tym dziwnego, skoro on sam oraz działacze jego macierzystej Solidarności od dawna już nie mówią o pracownikach, lecz o rodzinach pracowniczych. W dokumentach rządowych coraz częściej pojawia się przymiotnik „prorodzinny”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że w ślad za tym idzie dość agresywna, silnie ideologiczna propaganda.

Przewodniczący SLD Leszek Miller zarzucił niedawno rządzącej prawicy, że ta usilnie promuje wielodzietność, a jest to zdaniem przewodniczącego SLD „siła napędowa ubóstwa, dziedziczonego upośledzenia przyszłych pokoleń”. Wypowiedź ta bardzo wzburzyła polityków AWS i inne kręgi prawicowe. Można zapewne długo dyskutować, czy wielodzietność jest przyczyną, czy skutkiem biedy, i czy koniecznie musi kojarzyć się z cywilizacyjnym zacofaniem. Wystąpienie Millera (może nieco zbyt radykalne) i późniejsze reakcje zwróciły jednak uwagę na częste wykorzystywanie pojęcia rodziny w politycznych celach.

Polityka 45.2000 (2270) z dnia 04.11.2000; Społeczeństwo; s. 88