Archiwum Polityki

Wolny duch

Robert Altman (1925–2006) był jednym z największych i najbardziej niepokornych mistrzów kina autorskiego. Jego wieloobsadowe filmy nazywano kronikami naszych czasów.

Zmarły w zeszłym tygodniu 81-letni amerykański reżyser należał do tego samego pokolenia co Bergman i Antonioni. Był wyczulony na fałsz. Często sam improwizował na planie i namawiał do improwizacji aktorów. Cenił naturalność, spontaniczność i prawdę. Kondensował fabułę, by nie przeszkadzała mu w opisie relacji międzyludzkich. Swoimi filmami chciał udowodnić, że tylko te relacje się liczą, że tylko one istnieją – w sztuce i poza nią – naprawdę.

Miał niespotykany dar ironicznego spojrzenia na przemiany obyczajowe w Ameryce. Jako artysta skupiał uwagę na drobnych, na pozór nieistotnych zdarzeniach. Oprócz studiowania ludzkiej psychiki pociągała go walka ze stereotypami. Wzajemnemu przenikaniu się popkultury, mitologii kina i rzeczywistości poświęcona jest większość jego filmów.

W długiej, blisko sześćdziesięcioletniej karierze Altman nakręcił około 40 pełnometrażowych tytułów. Realizował westerny, filmy science fiction, musicale, uprawiał kino drogi i sięgał po konwencje czarnego kryminału. Nie gardził ani melodramatem, ani filmem wojennym. Za każdym razem jednak klasyczny gatunek niszczył i przekształcał w coś absolutnie innego, oryginalnego, wymagającego osobnego podejścia.

Jego ulubioną formą wyrazu była groteska. Tak postrzegał świat. A przede wszystkim swoich bohaterów – jako osamotnionych, szamoczących się z losem, zbuntowanych przeciwko odgrywaniu określonych ról społecznych. W powstałym w latach hippisowskiej gorączki ironicznym antywesternie „McCabe i pani Miller”, z Warrenem Beatty i Julią Christie, błądzący w oparach opium pionierzy Dzikiego Zachodu zakładają burdel, bo wydaje im się, że to najlepszy sposób na zaprowadzenie porządku.

Polityka 48.2006 (2582) z dnia 02.12.2006; Kultura; s. 84
Reklama