Archiwum Polityki

Kozę wyprowadzić

Jest taka, znana z dowcipu, metoda uszczęśliwiania ludzi, polegająca na tym, że do czyjegoś zatłoczonego domu wprowadza się kozę, a potem, po jej wyprowadzeniu, sfrustrowani wcześniej lokatorzy wpadają w euforię. W taki stan Łukasza Warzechę, politycznego komentatora „Faktu”, wprawiła ostatnia wizyta Lecha Kaczyńskiego w Brukseli, a uczuciami swymi podzielił się z nami na łamach „Rzeczpospolitej”. Otóż prezydent „nie popełnił żadnego błędu podczas szczytu”, „wykonał gest, ustępując miejsca przy stole obrad ministrowi Rostowskiemu”, „w sprawie pakietu klimatycznego mówił to samo co minister Sikorski”, „w sprawie przepustek dla swoich doradców nie zrobił awantury, choć miał do tego prawo”, „nie przeciwstawił się publicznie i oficjalnie kandydaturze Lecha Wałęsy do Rady Mędrców”. Redaktor Warzecha triumfalnie podsumowuje: „nikt ze strony rządowej nie jest w stanie wskazać żadnej konkretnej sprawy, w jakiej prezydent podczas szczytu by zaszkodził. I to jest wielkim sukcesem głowy państwa”.

Warzecha, który – dodajmy, zupełnie serio – najdobitniej wyraził opinie także innych komentatorów IV RP, zapewne nie dostrzega kuriozalności tego, co napisał. Jako epokowe zwycięstwo przedstawia to, czego prezydent nie zrobił i nie powiedział, to, że nie przekroczył swoich uprawnień i się nie obraził. A przecież mógł. Swoją drogą, bracia Kaczyńscy od dawna stosują metodę kozy, co powoduje, że są chwaleni za to, iż nie są tacy źli, jak mogliby być, budzą uznanie za czyny i gesty, które w przypadku innych osób byłyby uznane za niewarte wzmianki. Prezydent przeprosił Monikę Olejnik, a przecież mógł tego nie zrobić, podpisał w końcu, po wielu tygodniach, nominację ambasadorską dla swojego byłego urzędnika Andrzeja Krawczyka, a przecież nie musiał.

Polityka 44.2008 (2678) z dnia 01.11.2008; Flesz. Ludzie i wydarzenia; s. 8
Reklama