Archiwum Polityki

Tyrania obfitości

Zakupofobi – ludzie chorzy na lęk przed sklepami. Pomiędzy ladami i półkami drżą im ręce, oblewa ich zimny pot. To skutek uboczny współczesnego stylu życia i codziennego sterroryzowania nadmiarem możliwości.

Spełnienie się, przynajmniej w USA i Europie, greckiego mitu o stole wiecznie pełnym jedzenia jeszcze nigdy nie było tak bliskie. Róg obfitości jest wyjątkowo wypełniony. Wystarczy zajrzeć do warszawskiego centrum handlowego Arkadia, poznańskiego Starego Browaru, Manhattanu w Gdańsku, Galerii Kazimierz w Krakowie, Silesii na Śląsku. Niemal w każdym dużym centrum handlowym liczba oferowanych towarów dochodzi do miliona. Ale są dwie grupy ludzi, dla których złoty róg staje się koszmarem.

Pierwsza to zakupoholicy, którzy sklepy chorobliwie kochają. Po przeciwnej stronie są zakupofobi, których współczesny handel paraliżuje. O uzależnionych od sklepów napisano już książki. O tych, którzy zakupów nienawidzą, zaczęto mówić niedawno. Przerażeni nadmiarem, w którym przyszło im żyć, są niczym odpad ze świata konsumpcji. Najnowsze badania nad psychologią dokonywania wyboru nasuwają jednak wniosek, że zakupofob (mniejszy lub większy) tkwi właściwie w każdym z nas. Bo im więcej możliwości wyboru, tym bardziej się ich boimy.

Nadmiar wszystkiego

Dla zakupofoba droga przez świąteczne centrum handlowe jest jak przejście przez dziewięć wrót do królestwa piekieł. Najgorsze czeka go jednak u celu wyprawy – na przykład w dużej samoobsługowej aptece, gdzie musi kupić środek na przeziębienie. Może aspiryna lub jej pochodne? Może coś z paracetamolem? Może ibuprofen? Pyralgina? W kapsułce czy w saszetce? O jakim smaku? Z dodatkiem środka nasennego, a może z witaminą C? Co wybrać?

– W naszej największej księgarni mamy 100 tys. książek – chwali się Jolanta Zyzek, rzeczniczka sieci salonów multimedialnych Empik. Hipermarket to ok.

Polityka 51.2005 (2535) z dnia 24.12.2005; Gospodarka; s. 54
Reklama