Archiwum Polityki

Wariant: mąż stanu

Przed komisją śledczą premier odpowiada za grzechy całej klasy politycznej

Już na wiele dni przed przesłuchaniem premiera przez komisję powołaną do wyjaśnienia afery Rywina krążyły plotki, że w gmachu Rady Ministrów zbiera się sztab wybierający, spośród trzech wariantów, najlepszą taktykę dla szefa rządu na 26 kwietnia. Pierwszy wariant – zatroskanego stanem państwa męża stanu, wedle wzoru Michnika. Drugi wedle wzoru Czarzastego: niczego nie można udowodnić, wszystko – w sprawie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji – było zgodne z prawem i racją stanu. I trzeci wariant, czyli wedle Nikolskiego: niepamięć, zabawa w przysłowia, przepychanki definicyjne i słowne. Oczywiście, można było te warianty dobrze pomieszać i stworzyć swój własny.

Jak na premiera przystało, Leszek Miller zaprezentował się już we wstępnym oświadczeniu przede wszystkim jako mąż stanu zatroskany Rzeczpospolitą, a ściślej mówiąc, negatywnym obrazem kraju, który malują media w kraju i za granicą. Zdecydowanie oponował przeciwko określeniom typu: grupa sprawująca władzę, mataczenie przy uchwalaniu prawa, korupcja na szczytach władzy. Przestrzegał, że tego typu czarna propaganda III RP stawia znak zapytania nad całym jej dorobkiem, podmywa też wiarę i zaufanie obywateli do państwa. Bardzo opanowany, świetnie kontrolujący swoje reakcje i słowa premier (zapewne dzięki temu w opinii publicznej odzyska kilka punktów i odbije się od dna) konsekwentnie tej linii ogólnej bronił nawet wówczas, gdy szczegóły do niej nie bardzo pasowały.

Otóż to, można zrozumieć premiera, a nawet rolę, którą próbuje odegrać, szanować. Powiedzmy sobie jednak, że efektem najważniejszym i najbardziej cennym prac komisji stało się – chcący i niechcący – odsłonięcie przed opinią publiczną różnych zakulisowych mechanizmów działania państwa, jego elit, stylu rządzenia i załatwiania spraw.

Polityka 18.2003 (2399) z dnia 03.05.2003; Komentarze; s. 17
Reklama