Archiwum Polityki

Jadowite arcydzieło

Wymazywanie” Thomasa Bernharda to najbardziej malkontencka, złowieszcza i kategoryczna książka, jaką zdarzyło mi się ostatnio czytać. Zarazem jest to książka trudna, wielkie przedsięwzięcie na co najmniej pięć wieczorów, absolutnie nie dla tych, którzy szukają w literaturze pocieszenia. To monumentalne, ponadczterystustronicowe dzieło powstało jako monolog austriackiego nauczyciela języka niemieckiego Franza-Josepha Muraua. Poznajemy go w chwili, gdy otrzymuje wiadomość o śmierci rodziców i brata. Zdarzenie wywołuje w nim potężną falę wspomnień. Wraca pamięcią do austriackiego miasteczka i majątku Wolfsegg i nagle okazuje się, że czego nią nie dotknie, zostaje obrócone w nienawiść. Nie znosi matki za złośliwość, oportunizm, złe oddziaływanie na resztę rodziny, słabą orientację w kulturze, romans z Księciem Kościoła i zaufanym papieża, Spadolinim. Ma za złe ojcu uleganie wpływowi matki, interesowanie się najnowszymi modelami traktorów zamiast prozą Musila, bratu zaś wyrzuca próżnowanie. Siostry uważa za głupie gęsi, które chwaląc się pedanterią, zostawiają wokół siebie pełno brudu. Narzeka również na majątek: na nadmierną liczbę zatrudnionych łowczych, nieznośne zwierzęta hodowlane, pięć bibliotek, które od lat stoją nieużywane i nieprzewietrzane, na niezdrowy klimat.

Bohater „Wymazywania”to mistrz przerysowań (jak sam o sobie mówi), cała tajemnica tej powieści mieści się więc w rozstrzygnięciu, czy to, co usiłuje nam sprzedać bohater, jest prawdą czy fałszem. Oczywiście, nie może być tak, iżby wszystko, łącznie z wyjątkami, było złe – a to właśnie chce nam powiedzieć bohater, który całe życie spędził na uciekaniu od dzieciństwa. Wszelako refleksja, jaką nam przy okazji przekazuje – że tak mocno kochamy rodzinę, iż w końcu musimy ją znienawidzić – ma coś na rzeczy.

Polityka 12.2005 (2496) z dnia 26.03.2005; Kultura; s. 66
Reklama