Archiwum Polityki

Wybielamy, przyczerniamy

W tym fachu nie ma sentymentów. Granic nie do przekroczenia, chwytów niegodnych zastosowania. Nie ma zasad prostych i jasnych, których naruszenie pociągałoby za sobą jakiekolwiek konsekwencje. Mowa o branży public relations. Pojawiła się wraz z wolnym rynkiem i ciągle nie ma polskiej nazwy. Dorobiła się za to: złej sławy, niezdrowych wpływów w mediach i dużych pieniędzy.

Adeptom zawodu, na dobry początek, serwuje się bajki jak dla grzecznych dzieci. Choćby tę z książki „Public relations w praktyce” Frasera P. Seitela. Do miasteczka przyjeżdża cyrk. Jeśli rozwiesimy jego plakaty, chcąc zainteresować mieszkańców, będzie to reklama. Gdy plakaty przyczepimy do słonia maszerującego środkiem miasta, zrobimy promocję. Kiedy słoń zadepcze ozdobny ogródek burmistrza i napiszą o tym gazety, mamy publicity. O public relations powiemy dopiero wtedy, gdy sprawimy, że burmistrz nie tylko uśmieje się z incydentu, ale sam dołączy do cyrkowej parady.

Polityka 34.2004 (2466) z dnia 21.08.2004; Raport; s. 3