Kazimierz Marcinkiewicz i jego były minister skarbu Andrzej Mikosz nigdy nie ukrywali, że gigantyczna paneuropejska fuzja włoskiego UniCredito (właściciel Pekao SA), niemieckiego Hypovereinsbank HVB (kupił większość akcji BPH) i austriackiego BACA stoi im kością w gardle. Włosi, Niemcy i Austriacy prowadzą rozległe bankowe interesy niemal w całej Europie i konsekwencją połączenia tych trzech instytucji jest cały szereg połączeń lokalnych. Polska była i jest w tej operacji ważna, bo łączyć się ma (a może już tylko miał?) drugi (Pekao SA) i trzeci (BPH) co do wielkości bank, co dość istotnie zmienia układ sił i stopień koncentracji na naszym rynku. Ponieważ oba polskie banki (w przeciwieństwie np. do HVB) już teraz są bardzo dochodowe (w ubiegłym roku zarobiły w sumie ponad 2,5 mld zł), a jednocześnie dobrze się uzupełniają, Włosi liczyli, że po tej fuzji nie tylko uda się zredukować koszty, ale także zdobyć w Polsce jeszcze więcej klientów. I góra zysków będzie rosła.
Ze względu na rozmiary polskiego rynku finansowego i siłę Pekao SA oraz BPH akurat ten element układanki od początku był dla Włochów bardzo istotny. Jeśli teraz wypadnie, to europejskiej fuzji (ostatecznie przesądzonej w listopadzie) na pewno nie przekreśli, ale znacznie obniży jej atrakcyjność. Trudno więc liczyć, że mający opinię twardziela – ale też i pechowca – Alessandro Profumo, prezes UniCredito, bez oporu zrezygnuje z najlepszej czekoladki, która leżała w bombonierce. Ciągle jeszcze może o nią walczyć lub próbować się dogadywać z rządem. Tyle że z każdym dniem sprawa coraz bardziej się komplikuje.
Co może państwo
Niezależnie od chęci i woli właścicieli każda duża fuzja banków, choćby i prywatnych, musi w Polsce zyskać aprobatę dwóch instytucji: Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) oraz Komisji Nadzoru Bankowego (KNB).