Archiwum Polityki

MSZ: zwalniają, czyli będą przyjmować

Nie będziemy się wdawać w dyskusje o personaliach; przyjęliśmy rozwiązanie pakietowe, nie chcemy na stanowiskach ambasadorskich dawnych agentów ani ludzi z aparatu PZPR – tak MSZ oficjalnie tłumaczy zapowiedziane zwolnienia 10 (na razie) ambasadorów. Okazało się, że dawne zapewnienia (za ministrów Olechowskiego, Geremka czy Rosatiego), iż przezwyciężono w dyplomacji podział na „starych” i „nowych” – to mrzonki.

Jak zmiany personalne wpłyną na pozycję ministra Stefana Mellera? – pytają ci, którzy uważają, że ostatnie decyzje mu narzucono. – Niepowołanie go do Rady Bezpieczeństwa już było afrontem, ciekawe, jak długo wytrzyma? komentują w MSZ, ale wskazują też, że nie można przesadzać w ocenach: resort to 890 pracowników w kraju i 1400 na placówkach, w tym stu ambasadorskich. Ważniejsze więc, czy Meller będzie miał rzeczywisty wpływ na obsadę najważniejszych (ostateczny wniosek ambasadorski do premiera i prezydenta należy do jego wyłącznych kompetencji). Znalezienie nowych nie zawsze będzie łatwe. Meller jeszcze w listopadzie zapowiadał, że bardzo szybko znajdzie i wyśle swego następcę do Moskwy (wymienia się dwa nazwiska: doskonale tam notowanego Krzysztofa Zanussiego, który po rosyjsku mówi nie gorzej niż po włosku – wołamy brawo, jeśliby chciał! – oraz Zygmunta Berdychowskiego, organizatora Forum Davos w Krynicy, co chyba nie byłoby szczęśliwe).

Najtrudniejszym zadaniem będzie znalezienie przedstawiciela w Brukseli, gdzie trzeba człowieka o rozległej wiedzy gospodarczej, politycznej i społecznej, ławka jest krótka, naszym zdaniem nadają się tylko ci, którzy jako tacy dali się już poznać w UKIE lub MSZ: Jarosław Pietras, Tomasz Nowakowski albo Paweł Świeboda, choćby po to, by przyzwoicie przygotować Warszawę do przewodnictwa w Unii za 5–6 lat.

Polityka 2.2006 (2537) z dnia 14.01.2006; Ludzie i wydarzenia; s. 14
Reklama