Archiwum Polityki

Przyjdź pokrzyczeć na poetów

Dwieście złotych i suweniry od publiczności: papierosy, lizaki, kupony do McDonaldsa. Na slamie, ni to wieczorze, ni to zawodach poetyckich, w Polsce nie zbije się fortuny, sława też raczej środowiskowa. Można za to bez cenzury głosić swoją prawdę światu.

W sieci ktoś rozszyfrował slam jako speed-language-active-mouth; w klubach mówią: sztuka lizania mikrofonu. Marc Kelly Smith, robotnik z Chicago, który wymyślił ten patent na początku lat 80., marzył, żeby wyrwać poezję kręgom akademickim, zrzucić z piedestału, uwolnić od władzy autorytetów i dać barbarzyńcom. Dlatego slamy organizuje się w klubach, a lista występujących zamykana jest tuż przed imprezą. Wystąpić można prosto z ulicy, jedyny warunek: wiersz, który powiesz, musi należeć do ciebie.

Polityka 4.2006 (2539) z dnia 28.01.2006; Kultura; s. 70