Archiwum Polityki

Rodzinny sekret, czyli czego się nie mówi o adopcji

Z adopcją jest jak ze ślubem: na mocy urzędowej decyzji obcy sobie ludzie zaczynają żyć razem, tworzyć rodzinę i jest nadzieja, że będą szczęśliwi. I, jak po ślubie, różnie bywa. Też się czasem nie udaje. Można powiedzieć: zdarza się to i w rodzicielstwie, w którym dziecko i rodziców łączą więzy krwi. Ale, jak policzono na świecie, nie udaje się jedna adopcja na pięć. Czy to mało, czy dużo? Nie w tym rzecz. To zawsze tragedia.

Co to znaczy udana adopcja? – zastanawia się Dorota Dominik z Ośrodka Adopcyjnego w Opolu. – Dla mnie to taka, w której dziecko kocha się niezależnie od tego, co zrobiło. Cokolwiek by to było, choćby nawet rozbój, choćby gwałt nie opuszcza się go nigdy. Na zawsze pozostanie dzieckiem.

Jeśli tak, nieudanych adopcji w Polsce jest mało. Na kilkadziesiąt co roku (i to się nie zmienia od lat) zgłaszanych do sądu pozwów o rozwiązanie adopcji połowę składa mąż albo żona, którzy adoptowali dziecko współmałżonka, potem rozwiedli się i już nie chcą za syna czy córkę pasierba albo pasierbicy.

Polityka 36.2005 (2520) z dnia 10.09.2005; Raport; s. 4