Na wydanej 38 lat temu płycie Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Paul McCartney, wówczas 25-letni, śpiewa piosenkę „When I’m Sixty Four” (kiedy będę miał 64 lata). Wizja podeszłego wieku w epoce, kiedy młodzi zbuntowani upowszechniali hasło „Nie wierz nikomu, kto przekroczył trzydziestkę”, musiała się wydawać fanom liverpoolskiej czwórki czymś wielce osobliwym. Rosła przecież międzypokoleniowa przepaść, tryumfowała młodzieżowa kontrkultura, a show-biznes szybko się przekonał, że w takich okolicznościach warto respektować gust nastolatków. Styl młodzieżowy, który wystartował wraz z początkami rock’n’rolla w połowie ubiegłego stulecia, sukcesywnie zdobywał kolejne przyczółki: trafiał do telewizyjnych widowisk, pojawiał się w kolekcjach mody i stosownych żurnalach, zaczął wreszcie interesować nawet tak poważnych twórców filmowych jak Antonioni czy Forman.
Socjologowie jeszcze dziś powtarzają, że stylistycznym wzorcem dla ogółu populacji w krajach Zachodu są nastolatki. Według George’a Ritzera, autora „Magicznego świata konsumpcji”: „Młodzi ludzie mają teraz dużo więcej pieniędzy i odgrywają większą rolę przy podejmowaniu rodzinnych decyzji związanych z konsumpcją”. W tak zwanych badaniach trendsetterskich (analizujących aktualne tendencje w modzie i szeroko pojętym rynku dóbr konsumpcyjnych) respondentami są na ogół osoby w wieku studenckim, a nawet licealiści. W licznych debatach podkreśla się paradoks: społeczeństwa Zachodu starzeją się coraz bardziej, ale ich kultura, zwłaszcza ta popularna, pozostaje głównie kulturą młodzieżową.
Jest to jednak paradoks pozorny, ponieważ od co najmniej kilku lat jesteśmy świadkami i uczestnikami istotnej zmiany tendencji, która dominowała w drugiej połowie XX w.