Archiwum Polityki

Bor, ósma rano. O co się biliśmy.

Ludzie w Południowym Sudanie nie całkiem wierzą w pokój, który nastał. Po 23 latach wyniszczających walk pojawiła się jednak nadzieja.

Jeszcze na chwilę przed świtem słychać bębny. Gdzieś ludzie musieli tańczyć całą noc. Powoli jednak zaczynają pojawiać się inne dźwięki. Pianie kogutów, wezwanie muezina z dalekiego meczetu i w końcu radio sąsiada. Niebo przejaśnia się z wolna i spikerka z Chartumu wita dzień po arabsku.

Mało kto w Borze ją rozumie. W miastach Południowego Sudanu ludzie rozumieją najwyżej miejscowy arabski pidżin – kompromis, na jaki poszła zawiła arabszczyzna, by zakorzenić się tutaj, gdzie Arabowie z północy kraju nigdy nie byli naprawdę u siebie.

Polityka 3.2008 (2637) z dnia 19.01.2008; Na własne oczy; s. 100
Reklama