Archiwum Polityki

Korzenie

Obama to prawdziwy obywatel globalnej wioski, jego najbliższa rodzina zamieszkuje na czterech kontynentach. Matka była wyzwoloną Amerykanką, która kochała egzotyczny świat.

Nawet jeśli wiemy, że Amerykanie są w życiu mobilniejsi od Europejczyków, trzeba przyznać, że cała rodzina Obamy to duchy wyjątkowo niespokojne. Dziadkowie, po obu stronach, wyrwali się z ciasnoty swoich małych środowisk: Stanley Dunham, dziadek ze strony matki, porzucił małe miasteczko w Kansas, został sprzedawcą mebli i przenosił się kolejno do Kalifornii, Meksyku, Seattle, stanu Washington, wreszcie na prawdziwy kraniec Ameryki – na Hawaje. Drugi dziadek Hussein Onyango porzucił afrykańską wioskę, gdzie pasał ojcowskie kozy, zaczął ubierać się po europejsku, a potem nawet ruszył do Europy jako kucharz brytyjskich żołnierzy.

Miejscem spotkania rodziców, czyli następnego pokolenia, były Hawaje. Tam na uniwersytecie – na kursie rosyjskiego – 17-letnia studentka matematyki (potem antropologii) Ann Dunham, biała jak mleko, poznała stypendystę z Kenii, starszego od niej o 8 lat Baracka Obamę (jego syn nosi to samo imię i nazwisko). Na Hawajach, inaczej niż w większości stanów USA, nie było prawnego zakazu małżeństw międzyrasowych, ale rodzice z obu stron byli małżeństwu przeciwni, a czarny dziadek – o czym dowiedziano się dużo później – gromił syna, że chce się żenić z białą kobietą, mimo iż ma obowiązki wobec żony i dzieci pozostawionych w Kenii (tę żonę pan młody zataił).

Małżeństwo na Hawajach zawarto bez świadków, panna młoda była już w ciąży, ale związek nie trwał długo. Matka opuściła szkołę, by zająć się niemowlęciem, ojciec, bardzo zdolny, zdobył dyplom i dostał dwa stypendia do wyboru: gorszy uniwersytet w Nowym Jorku (ale z mieszkaniem i pracą dla matki) albo Harvard (jednak bez mieszkania). „Jak mogę odrzucić najlepsze wykształcenie?

Polityka 46.2008 (2680) z dnia 15.11.2008; s. 16
Reklama