Archiwum Polityki

Przedpotopowo

Śląska wieś Nieboczowy musi ustąpić miejsca zbiornikowi przeciwpowodziowemu. Miejscowi postawili warunek: ma być odtworzona z kościołem, cmentarzem, remizą, więzami sąsiedzkimi.

Z Odrą trzeba umieć żyć. W Nieboczowach (o wsi pisaliśmy: POLITYKA 32–33/07) tego się nauczyli. Gdy latem chmury kłębią się, hen, po czeskiej stronie, a potem pada przez kilka dni – wiadomo, że trzeba się szykować do ucieczki z parteru na piętro. Potop widać z daleka. Lipcowe pola bieleją wtedy od kotłującej wody. Na poddaszu ludzie czekają, aż żywioł odpłynie. Przywykli do sprzątania po rzece. Po tragicznej powodzi w 1997 r. usłyszeli, że będą musieli się wyprowadzić. Kilkuset mieszkańców musi wyrwać swoje korzenie. Niektórzy już sprzedali domy. Większość czeka.

Więzy krwi

Niektórzy zaparli się na amen. Edzik Nikiel charakter ma twardy jak nazwisko. Przy ulicy Kochanowskiego mieszka od urodzenia. Kiedyś z rodzicami, dziś już sam. Bezżenny (– Ale jak mam chęć, stać mnie na kobietę). Po 25 latach pracy w kopalni w pobliskim Pszowie emeryturę liczy w tysiącach – dwa i coś. O zabudowania nie dba, ziemię wydzierżawił. Jednak od powodzi sprzed 11 lat wszystko ubezpiecza. I sobie żyje: drewna pociupie, pójdzie do sklepu na piwko. Dociągnął do 55 roku życia. – W remizie pokazywali, jak tam będzie pięknie. Ale mnie się nie podoba. U nas jest równy teren, a tam pagórek. Takem się uwziął, że dopiero jak wszyscy wyjadą, to i ja pójdę. Ostatni.

Rafał, emerytowany górnik węglowy, zawarł w tej sprawie umowę z wnuczką. Dom jest przepisany na nią. Młodzi chcą wziąć odszkodowanie od państwa i się wynieść. A on ma zapewnione dożywocie, leży w łóżku, choć słońce wysoko, wczoraj wypił z zięciem Januszem flaszkę, a może dwie, zięć stawiał, ale nic nie wskórał w kwestii przesiedlenia.

83-letnia Jadwiga Błaszczok dawno podjęła decyzję: – Ja tutaj będę czekała na śmierć.

Polityka 46.2008 (2680) z dnia 15.11.2008; Ludzie i obyczaje; s. 108
Reklama