Archiwum Polityki

Życie na linie

Rozmowa z himalaistką Kingą Baranowską o męskim i kobiecym podejściu do gór
Polityka

Marcin Piątek: – Czy często panią pytają, po co tak ryzykować?

Kinga Baranowska: – Wbrew pozorom wypadków w górach jest bardzo mało. Natomiast w opinii publicznej w dalszym ciągu istnieje przekonanie, że wspinaczka wysokogórska to pewna śmierć. Prędzej czy później. Trudno oprzeć się wrażeniu, że media czekają na tragedie himalaistów, by po raz kolejny rozpętać kampanię pod tytułem: Po co oni tam chodzą?

Ale ci, którzy twierdzą, że wspinacze proszą się o śmierć, mają swoje racje.

W świadomości, że nie wszystko od ciebie zależy, też może być coś magnetycznego.

A nie paraliżującego?

Zdaję sobie sprawę, że ludziom, którzy na co dzień wiodą spokojne życie, trudno zrozumieć moje argumenty. Nie mam zamiaru dyskutować z faktem, że góry to żywioł. A góry wysokie to żywioł do potęgi. Wspinaczowi nie pozostaje nic innego, jak mu się poddać, zaakceptować tamtejszy porządek. Nie mogę iść naturze na przekór. Muszę się w nią wpasować. Stać się jej częścią. Rozumieć mechanizmy, jakimi się rządzi. Staram się postępować zgodnie z jej prawami, korzystam z jej siły, bo wiem, że dzięki temu będę bliżej celu.

Mówi pani o tym, jakby to była kwestia umowy: Szanuję potęgę gór i nie naruszam panujących tam praw, a w zamian za to liczę na to, że w drodze na szczyt nie spotkają mnie przykre niespodzianki?

Można to tak określić. Wiem, że brzmi to dość abstrakcyjnie. Tak naprawdę chodzi o to, by przezwyciężyć własny strach. Ta umowa to pewnego rodzaju konstrukcja psychologiczna, która daje pewność siebie. Oparta nie na pobożnych życzeniach, ale na przekonaniu, że zdarzenia, które mają miejsce w górach, nie dzieją się bez przyczyny. Przynajmniej większość z nich.

Polityka 49.2008 (2683) z dnia 06.12.2008; Ludzie i obyczaje; s. 90
Reklama