Archiwum Polityki

Jak oni kiwają

Od końca lat 80. przez polskie boiska przewinęło się około tysiąca zagranicznych piłkarzy. W takiej masie musiały zdarzyć się oryginalne przypadki.

Wśród cudzoziemców grających w polskich klubach wybitni gracze stanowili rzadkość, sporo było solidnych rzemieślników oraz bardzo wielu partaczy, którzy na peryferiach futbolowej Europy desperacko szukali szansy na jakikolwiek kontrakt.

Wśród wybitniejszych przeważały przebrzmiałe już sławy. W 1997 r. zjawił się w Widzewie były reprezentant Niemiec (brązowy medal na ME w 1988 r.) oraz wyróżniający się kiedyś piłkarz Borussii i Werderu Ulrich Borowka, ale miał już 36 lat i jego występy w Polsce okazały się niewypałem (rozegrał zaledwie osiem meczów, bardziej interesowały go wizyty w kasynach). W 2000 r. przybył 30-letni Oleg Salenko, król strzelców mundialu w 1994 r. (sześć goli, tyle samo co Bułgar Christo Stoiczkow), gracz m.in. Dynama Kijów, Valencii i Glasgow Rangers, lecz ówczesny trener Pogoni Szczecin Edward Lorens nie skorzystał z jego usług. I wcale nie dlatego, że były za drogie.

Obawiano się chyba bardziej tego, co zapamiętano w Widzewie w związku z byłym obrońcą reprezentacji ZSRR (wicemistrzostwo Europy w 1988 r.) i Dynama Kijów 32-letnim Anatolijem Demianienką (rozegrał w Polsce tylko 13 spotkań), a co kilkanaście lat później stało się przyczyną jego zwolnienia z posady trenera w klubie Neftczi Baku. Demianienko przysięgał na wszystkie świętości, że alkoholu nie bierze do ust, ale rozstano się z nim z powodu pijackich rajdów samochodem po plaży.

Toast na obie nogi

Niezłym gagatkiem był napastnik reprezentacji Nigru Moussa Yahaya, który od 1996 r. grał w Polsce w Sokole Tychy, Hutniku Kraków, GKS Katowice i Legii. Już w Tychach, gdzie w restauracji zaabonowano mu wyżywienie z owocami i czekoladą na deser, zażądał, żeby zamiast tego wszystkiego dawano mu papierosy.

Polityka 50.2008 (2684) z dnia 13.12.2008; Ludzie i obyczaje; s. 86
Reklama