Droga. Jedzie się szosą z Niszu na Prisztinę, aż wszyscy stają i robi się mały korek. Droga rozszerza się tu na tyle, żeby zrobić miejsce budzie z blachy i paru stalowym krzyżakom. Pod budą na trójnogim zydelku siedzi młodzik w mundurze, pod ręką ma karabin oparty o ścianę, a obok karabinu miotłę. Za plecami Serbia, z przodu Kosowo. Pokaż, co tam masz – mówi celnik w bluzie, która od biedy może uchodzić za służbową, do kierowcy furgonetki. Ten napiera, żeby zawiasy puściły, i oczom wszystkich zebranych na tym pustkowiu ukazuje się wnętrze jego wozu: plastikowa wanienka, nadłamane krzesła, przetarte materace.
Samochody na obcych rejestracjach jadą w kierunku Prisztiny, do niedawna czegoś w rodzaju sennego wojewódzkiego miasta, które teraz, jako stolica, raptem spuchło. Nie wiadomo, ilu liczy mieszkańców, ponoć ponad pół miliona, może siedemset tysięcy. Miasto po przejściach, z otępiałymi starymi dzielnicami, upstrzonymi drobnym handelkiem; z dzielnicami nowszymi, pełnymi budowli z surowego betonu, niedopasowanych skalą – bo póki Kosowo było autonomiczną republiką Jugosławii, to władze ciągnęły z centrali, ile się dało, żeby budować rzeczy wielkie; i z najnowszymi budynkami, dzielnicą Film City – dlatego tak nazwaną, że piękna jak w amerykańskim filmie.
Za ciemnymi szybami aut siedzą mężczyźni w dobrych garniturach albo piętrzy się ten sam bajzel co w pudłach przerdzewiałych furgonów: nie wiadomo – owoc czyjegoś życia na obczyźnie czy łup z wystawki z krajów, gdzie przetarty materac nie zmienia życia na lepsze. Kosowianie zewsząd – z Niemiec, Szwajcarii, Turcji, Albanii – ściągają do kraju zmęczeni wygnaniem. Ruch spory, bo z dwóch milionów mieszkańców wojna przepędziła prawie połowę.
Po drodze, wszędzie w Kosowie: nagrobki z portretami bojowników UÇK tuż przy szosie albo nagrobki fantazyjne – samochody, w których zginęli bojownicy, stojące na podwyższeniach, z daleka widoczne.