Archiwum Polityki

Aresztowanie Józefa K.

Jak to jest: nagle, niespodziewanie, nie wiedząc za co – trafić do więzienia?

Józef K. spędził w więzieniu dziewięć miesięcy. Aresztowali go, ale odmawiali pokazania dowodów winy. Chcieli tylko, żeby się do wszystkiego przyznał i poszedł na współpracę. Mówili, że wtedy złagodzą jego karę.

Józef K. prowadzi kancelarię adwokacką w dużym mieście na południu Polski. Jest wzięty, bo skuteczny. Jego nazwisko pada na sądowych korytarzach jako superlatyw. Mówi się: K. to nie jest jakiś zwykły papuga, ale entuzjasta zawodu. Praktyk. Orator. Wojownik.

Ponad dwadzieścia lat pracuje na swoją markę.

I nagle mówi się: K. aresztowali, tego adwokata. Musiał mieć nieźle za uszami. Należało się tego spodziewać. Było w telewizji, jak go prowadzą w kajdankach. Odwracał głowę. Doigrał się. Po niewinnych przecież nie przychodzą.

Przez dziewięć miesięcy rzeczy toczą się same.

Przyjście

Przed szóstą rano trzaskają drzwi kilku samochodów. Dom państwa K. stoi przy cichej ulicy. Zwykle hałas robi śmieciarka, ale ona brzmi inaczej. Józef K. otwiera oczy. Chwila ciszy. Zdawało mu się. Ale potem dzwonek do drzwi. I następny. Coraz natarczywiej. To nie rodzina. Oni dzwoniliby raz, nieśmiało, wstydliwie. Józef K. musi zejść dwa piętra, żeby otworzyć. Niezwykła pora. Po drodze chowa mały rewolwer do kieszeni szlafroka. Żona śpi, rano całkiem nie kontaktuje. Córka śpi, wczoraj K. przywiózł ją ze szpitala, miała operację. Znowu dzwonek.

Kiedy K. otwiera drzwi, myśli: rany Boskie, niby dlaczego? Od drzwi musi przejść jeszcze kilka kroków do furtki. Ale oni nie czekają, przeskakują przez płot. Sześciu mężczyzn w ortalionowych kurtkach z napisem ABW. Pytają, czy K. to K. Mają dla niego nakaz aresztowania. Przeszukują gabinet, przeglądają papiery. Nie mówią, czego szukają. Pokazują sobie jakieś dokumenty i porozumiewawczo kiwają głowami.

Ja My Oni „I nie wódź się na pokuszenie" (90126) z dnia 21.07.2007; Pomocnik Psychologiczny; s. 38
Reklama