Archiwum Polityki

Dwie matki

W domu zwanym Leśniczówką Emaus spotkały się matki. Polska i czeczeńska. Teresa B., która sześć lat patrzyła, jak mąż gwałci ich córkę. I Kamisa D., której trzy córki umarły, bo nie chciała patrzeć, jak w muzułmańskim kraju rosną na zniewolone żony.

Kiedy Kamisie umarły trzy córki w lesie na styku ukraińsko-polsko-słowackiej granicy, pani Mirosława Klaus właśnie otworzyła swoje Emaus we wsi Stefanowice na skraju lasu. Dla okolicznych arystokratka, dziwna, co nawet psom daje leki, kiedy chorują. W domu zamieszkała Kamisa.

Równiutko rok od tego dnia, kiedy umarły córki Kamisy, 12 września 2008, u pani Klaus zamieszkała Alicja i jej matka Teresa B. Sfotografowana w gazetach z przesadnym dekoltem, w spódnicy mini, opowiadała, że przez te sześć lat, kiedy mąż chodził do córki posłuchać muzyki, oglądała telewizor w pokoju. Co innego ona mogła? Przecież spowiadała się. Zresztą mieszkała na wsi podlaskiej, krzyże na nią patrzyły, bo dom był obok cmentarza. Musiała tylko żyć i patrzeć na to.

Emaus to dom dla rodzin, w których zdarzyło się coś, czego nie można tak po ludzku wytrzymać. Dom, nie gabinet, który otwiera się na godzinę, ktoś siada na fotelu, obok jest stolik, leżą na nim chusteczki na płacz. Pani Klaus jest psychoterapeutą. Pomyślała, że dziś rodzinom potrzebny jest taki dom, Emaus. Gdzie będzie z nimi wspólnie żyć, miesiąc, dwa tygodnie. To może pęknąć w człowieku w każdej chwili, w połowie zdania, gdy kroją razem chleb albo zbierają naczynia po kolacji. Ona towarzyszy i czeka.

Więc w domu Emaus spotkały się ze sobą dwie matki. Czeczeńska i polska. Obie zniewolone przez mężczyznę. Matka muzułmanka, wydana za mąż przez kuzynów, i matka katolicka, bita przez męża, której ksiądz kazał nieść krzyż. Obie zdziwione swoim losem. A jakby między nimi pani Klaus, nie dziwiąca się niczemu.

Matka Teresa B.

Gdy Teresa B. pakowała rzeczy, jadąc do domu Emaus, z domu we wsi pod Siemiatyczami chciała zabrać wieżę, którą Alicja dostała od ojca, bo dzięki niej córka ucieka w lepszy świat muzyki.

Polityka 48.2008 (2682) z dnia 29.11.2008; Kraj; s. 30
Reklama