Archiwum Polityki

Ja tu jeszcze wrócę

Koniec firmy to nie zawsze koniec biznesu. Bywa, że przedsiębiorca firmę sprzeda, a zaraz potem otwiera nową w tej samej branży. To się czasem bardzo opłaca.

Ludzie sprzedają firmy z najróżniejszych pobudek. – Jedni potrzebują pieniędzy na lepiej rokujące przedsięwzięcia, inni, po prostu, wybierają emeryturę – mówi Konrad Korobowicz, wiceprezes funduszu Capital Partners, który z racji wykonywanego zawodu każdego dnia spotyka się z właścicielami firm.

Najczęściej do porzucenia biznesowej gry zmusza ich proza życia – długi, wyniszczająca konkurencja, choroba, a ostatnio dający o sobie znać kryzys finansowy. Dla większości przedsiębiorców prowadzenie biznesu jest jednak nie tylko okazją do zarobienia dużych pieniędzy, ale przede wszystkim sposobem na życie. A to już czasami trudno zmienić.

Wielu spośród sprzedających firmy nie chce zostać rentierami.

Wcześniej czy później rodzi się pokusa, żeby wszystko zacząć od nowa, spróbować jeszcze raz. Tylko nieliczni są gotowi startować od zera. Większość wybiera drogę na skróty, czyli próbuje przejąć dawnych pracowników, klientów lub kontrahentów. Nic zatem dziwnego, że w umowach o kupnie-sprzedaży firm coraz więcej miejsca zajmują klauzule dotyczące zakazu konkurencji. – Mało, że sprzedający zobowiązuje się przez określony czas zaprzestać działań w dotychczasowej branży. Ma jeszcze zagwarantować, że to samo uczynią jego krewni – mówi Jacek Klimczak, prawnik z kancelarii prawniczej Wierciński, Kwieciński, Baehr. Za każdym razem zakres i czas trwania tego rodzaju ograniczeń jest negocjowany. Tu wiele zależy od sprawności prawników, zapobiegliwości kupującego i pozycji sprzedającego.

Kiedy Klaudiusz Balcerzak, producent delikatesowych wędlin ze Sławy (woj. lubuskie), negocjował sprzedaż swoich udziałów, miał wyjątkowego pecha. Urząd kontroli skarbowej – jak się poniewczasie okazało niesłusznie – zabrał z konta firmy 2 mln zł.

Polityka 48.2008 (2682) z dnia 29.11.2008; Rynek; s. 48
Reklama