Archiwum Polityki

Obamiacy, hillaryści, makkejnowcy

Rozmowa z prof. Tomaszem Tabako, wykładowcą retoryki i studiów komunikacji na Georgia State University w Atlancie, o języku i kodach kampanii prezydenckiej

Jarosław Makowski: – Mamy za sobą pierwszy akt amerykańskiego spektaklu wyborczego. Głównymi bohaterami byli Hillary Clinton i Barack Obama. Czy ich pojedynek był tak ekscytujący dlatego, że doszło do zderzenia dwóch odmiennych osobowości?

Tomasz Tabako: – Nie tylko. Różnice pomiędzy „twardą kobietą” i „delikatnym mężczyzną” dotyczyły także różnych dla Clinton i Obamy politycznych języków, jakimi były mobilizowane ich elektoraty.

Jak odmalowałby pan portret grupowy zwolenników Obamy oraz język jego kampanii?

Obóz obamiaków tworzą przede wszystkim ludzie młodzi, wykształceni, ekonomicznie zaradni, przedtem niegłosujący, partyjnie niezależni, politycznie niepokorni, nastawieni antywojennie i antyestablishmentowo, zmęczeni dotychczasowym nepotyzmem. Od połowy lat 80., powiada jeden z nich, wciąż chce Ameryką rządzić ktoś albo z Bushów, albo z Clintonów, jak w monarchii. Obamiacy to rasowa mozaika: czarni, kolorowi, biali. Koalicja ta, z uwagi na duży stopień jej obywatelskiego zaangażowania czy wręcz pasję na rzecz zmian, przypomina raczej wielki ruch społeczny aniżeli rozproszoną masę wyborców. Co najważniejsze, budowana jest od dołu.

A zwolennicy Clinton?

Hillaryści to przeciwieństwo obamiaków. Koalicja Clinton była budowana wedle partyjnego schematu, od góry, i socjotechnicznego grzebienia rozczesującego społeczeństwo na podgrupy wedle wieku, religii, klasy, płci i rasy. Hillaryści to głównie emeryci, katolicy, słabiej wykształceni, rzesze biednych robotników, sporo kobiet oraz wielu białych.

I kluczowa sprawa: koalicja Clinton jest płytsza językowo. Język Obamy – pojemniejszy – przyciąga różnorodnych wyborców. Przy konstruowaniu takiego języka kluczowe są cztery kwestie: tzw.

Polityka 25.2008 (2659) z dnia 21.06.2008; Świat; s. 50
Reklama