Archiwum Polityki

Z dołu do góry, z góry na dół

Dobry temat do rozważenia na kampanię wyborczą: czy pucybut nadal może zostać w Stanach milionerem?

Cornelius Vanderbilt był czwartym z dziewięciorga potomstwa ubogiej farmerskiej rodziny. Szkołę porzucił mając 11 lat, zaś pięć lat później prowadził już swe własne przedsiębiorstwo obsługujące promy kursujące pomiędzy Manhattanem i Staten Island. Kiedy zmarł w 1877 r. w wieku 82 lat, majątek jego szacowano, według dzisiejszych pieniędzy, na 168 mld dol., czyli więcej niż ówczesne zasoby skarbu państwa Stanów Zjednoczonych.

Jedyny zamożniejszy od niego Amerykanin John D. Rockefeller, zapewne najbogatszy człowiek w historii świata (majątek oceniono na około 200 mld dol. w 1902 r.), był synem (drugim z szóstki) zwykłego komiwojażera i swą karierę rozpoczął w wieku 16 lat od skromnej posady urzędniczej. Te legendarne fortuny – zbudowane na żegludze, kolei żelaznej i ropie – stały się wzorcami Amerykańskiego Mitu (American Dream). Mit ów głosił, że Ameryka jest krajem, w którym oszczędni i pracowici ludzie awansować mogą w ciągu jednego pokolenia z pucybuta na krezusa. Mit trwa: współczesne losy Billa Gatesa, Lawrence’a Ellisona czy Michaela Della i plejady innych świeżo upieczonych miliarderów zdają się być tego potwierdzeniem.

Niedawne doświadczenia innych krajów dowodzą jednak, że nie tylko w Ameryce można w dość krótkim czasie stać się nieprzyzwoicie bogatym. Tym czymś szczególnym, co Amerykański Mit symbolicznie odróżnia od jego moskiewskiego czy pekińskiego konkurenta, jest nieporównanie silniejsza, związana z nim, wiara w równość szans, uczciwe reguły gry, czyli w brytyjskie fair play. By w grze tej uczestniczyć na względnie równych prawach, nie musisz być członkiem szarej sieci czy mitycznego układu. Obcym wstęp nie jest wzbroniony i swe amerykańskie marzenie realizować mogą z powodzeniem także nowi przybysze – imigranci.

Polityka 21.2008 (2655) z dnia 24.05.2008; Rynek; s. 49
Reklama