Archiwum Polityki

Najpierw wydamy, potem zyskamy

Marcin Święcicki. Miceminister gospodarki, szef zespołu autorów „Raportu w sprawie korzyści i kosztów integracji z Unią Europejską”

Wolałbym, żeby raport nazywał się inaczej. Mowa w nim o korzyściach, jakie nasz kraj odniesie z postępu cywilizacyjnego, którego i tak trzeba by dokonać, tyle że z Unią lepiej, taniej i szybciej. W tekście raportu wielokrotnie powtarzamy tę tezę. Czy np. gdyby nie wysokie unijne standardy zdrowej żywności, moglibyśmy tolerować brud w ubojniach i szybko psujące się mleko? Czy moglibyśmy nie modernizować naszych dróg, które wytrzymują (a i to teoretycznie) nacisk 8 ton na oś, podczas gdy norma UE wymaga 11 i pół tony? Czy zapas paliw na 90 dni, trzy razy dłużej niż dotychczasowa polska norma, choć kosztuje – nie zwiększa naszego bezpieczeństwa?

Jeśli tak na sprawy spojrzeć, korzyści niewątpliwie górują nad kosztami, przyspieszymy tempo naszego rozwoju, osiągniemy dzisiejszy średni poziom Unii za 15 lat. Ale na krótką metę według naszego raportu przez najbliższe dwa lata więcej musimy wydać, niż zyskamy. To może być wykorzystane jako argument przez przeciwników integracji.

Nasz raport potwierdza prawdę, że integracja to gra o sumie dodatniej, jedna strona nie musi odnosić korzyści kosztem drugiej, zyskać mogą obydwie – i w większości spraw zyskują, chociaż niekoniecznie symetrycznie. Od 1990 r. nasz eksport na rynki UE wzrósł trzykrotnie, import jeszcze bardziej. Konkurencja importu, jakiej poddane zostały nasze przedsiębiorstwa, była i jest nieraz bolesna (bezrobocie!), ale dziś mamy gospodarkę zupełnie inną niż u progu dekady, poza wysepkami starych branż (górnictwo, hutnictwo) zrestrukturyzowaną, przystosowaną do wymagań rynku.

Kto zatem zyska? Ogół, kraj, konsumenci. Unijne prawa idą w ślad za Ameryką w kierunku deregulacji, rozbijania monopoli, obniżki kosztów, zaostrzenia konkurencji.

Polityka 32.2000 (2257) z dnia 05.08.2000; Komentarze; s. 13
Reklama