Archiwum Polityki

Dwie w jednej

Prezydent Bill Clinton nie pokonał bram Jerozolimy. Święte miasto trzech wielkich religii stanęło kością w gardle uczestnikom bliskowschodnich rozmów pokojowych w Camp David, którym patronował. Dlaczego?

Generał Mosze Dajan, minister obrony, patrzył z okolicznej góry na kościoły i meczety Starej Jerozolimy. Był 6 czerwca 1967 r. – drugi dzień wojny z Arabami. Dowództwo armii izraelskiej czekało na rozkaz zajęcia tej części miasta. Ale minister zwlekał: A po co nam ten cały Watykan?

Przywódcy i politycy żydowscy bynajmniej nie kwapili się do podboju Starego Miasta. Teodor Herzl, ojciec nowoczesnego syjonizmu, optował za Jerozolimą pod zarządem międzynarodowym. Chaim Weizmann, późniejszy pierwszy prezydent Izraela, zarzekał się w 1937 r., że nie przyjąłby Starego Miasta nawet w prezencie. Żydowscy narodowcy doskonale zdawali sobie sprawę, że przejęcie całej Jerozolimy pod kontrolę wywoła masę poważnych kłopotów w Palestynie i świecie.

Do wojny sześciodniowej w 1967 r. Jerozolimę dzieliły między siebie Izrael (część zachodnią) i Jordania (część wschodnią włącznie ze Starym Miastem). Starówka liczy zaledwie milę kwadratową, ale w obrębie jej słynnych białych murów mieszczą się najświętsze miejsca żydów, chrześcijan i muzułmanów – Ściana Zachodnia (Ściana Płaczu), Bazylika Grobu Pańskiego, meczety złotej Kopuły na Skale i Al-Aksa. Stąd niesamowita symbolika, rozpalająca wyobraźnię i uczucia religijno-narodowe setek milionów wyznawców w Ziemi Świętej, jej bliskim sąsiedztwie i daleko poza nią.

Wyobraźmy sobie, że Częstochowa – duchowa stolica polskich katolików – jest jednocześnie duchową stolicą na przykład prawosławnych i protestantów, którzy mają tu swoje sanktuaria. Co roku do miasta ciągną dziesiątki tysięcy Rosjan i Niemców, którzy chcą je odwiedzić z pobudek religijnych i narodowych. Atmosfera w takiej Częstochowie byłaby zapewne gęsta, ale to i tak nic w porównaniu z Jerozolimą.

Polityka 32.2000 (2257) z dnia 05.08.2000; Świat; s. 33
Reklama