Archiwum Polityki

Piersi harpii

Wystawa dzieł Jacka Malczewskiego w Muzeum Narodowym w Krakowie groziła sztampą. A jednak wyszło zaskakująco ciekawie i inspirująco, głównie dzięki osadzeniu w roli głównej... samego

Rubens malował autoportrety przez całe życie; ukazujące upływ czasu, niedołężność, smutek starości. Ale należał raczej do wyjątków. Aż po XX w. twórcy zazwyczaj chowali się skromnie za swym dziełem, a jeżeli już zza niego wyglądali, to mając ku temu wyraźne przyczyny. Jak Vincent van Gogh malujący siebie z obciętym uchem, Arnold Bocklin przedstawiający się ze śmiercią czy Frederick Leighton składający w ten sposób hołd klasycyzmowi.

Pod tym względem Jacek Malczewski zdecydowanie wyróżniał się na tle swojej i poprzednich epok, bardziej będąc wzorem dla Witolda Gombrowicza z jego słynnym „Poniedziałek – Ja, wtorek – Ja... itd” aniżeli naśladując własnego mistrza Jana Matejkę z jego przekonaniem, że artysta winien w całości poświęcić się publicznej sprawie. Zaś to przeszczepianie samego siebie do sztuki miało u niego dwie, dość wyraźnie następujące po sobie, fazy.

Do końca XIX w. przypominał Malczewski Juliusza Słowackiego i Stanisława Przybyszewskiego w jednej osobie. Z jednej strony odpowiedzialność za miliony i za ojczyznę, posłannictwo, rząd dusz itd. Z drugiej – kapłan i geniusz, demiurg o drzemiącej wewnątrz potędze, egzystujący gdzieś poza i ponad codziennym życiem. Artysta, który niesie brzemię odpowiedzialności, duma i rozmyśla, ma wizje i wątpliwości, niekiedy cierpi, buduje własny mit. Wszystko tu jest na serio. Już sam wybór artystycznej profesji to nie błahostka, ale poważna decyzja („Introdukcja” 1890 r.). Później trzeba się zmierzyć z własnymi wizjami i natchnieniem („Sen malarza” 1888 r., „Natchnienie malarza” 1897 r., „Wizja” 1912 r., „Podszepty” 1898 r.

Polityka 16.2009 (2701) z dnia 18.04.2009; Kultura; s. 61
Reklama