Archiwum Polityki

Tu się chowa ludzki koszt

W Arlington leży ponad 500 żołnierzy poległych w Iraku i Afganistanie. Na cmentarzu pod Waszyngtonem odbywa się 28 pogrzebów dziennie, a mimo to każdy jest wyjątkowy.

Można je poznać po ubitej ziemi. Wiosenne słońce topi ostatnie łachy śniegu, zamieniając trzy najświeższe groby w prostokąt jasnego błota. Nie zdążyły jeszcze porosnąć trawą, nie mają nawet białych płyt, od których roi się dookoła. Zamiast nagrobków sterczą z ziemi czarne plakietki z okienkiem i wsuniętym do środka paskiem papieru: „Trevor Jerimiah Johnson, sierżant piechoty morskiej, poległy 27 stycznia 2009 r., pochowany 24 lutego 2009 r.”. Urodzony w Montanie, zginął w prowincji Helmand w Afganistanie. Johnson to ostatni zabity na linii frontu, którego pochowano na Cmentarzu Narodowym w Arlington. Miał 23 lata.

Nazywamy je tutaj kwaterami smutku – mówi brodaty oficer w biurze informacji, zakreślając na mapie działy 54, 60 i 66. W tych trzech kwaterach w środkowej części cmentarza Ameryka chowa swoich żołnierzy zabitych w Iraku i Afganistanie, oczywiście jeśli rodzina wyrazi takie życzenie. Większość krewnych grzebie swoich bliskich bliżej domu, na cmentarzach cywilnych lub stanowych nekropoliach wojskowych. Mimo to Arlington jest dziś największym skupiskiem grobów z ostatnich dwóch wojen: nad brzegiem Potomaku spoczywa 454 z 4255 zabitych w Iraku i 88 z 661 poległych w Afganistanie.

Ceremoniał co do joty

W Arlington nie ma chodników. Nikt poza turystami nie porusza się tutaj pieszo – żałobnicy podjeżdżają samochodami aż pod właściwą kwaterę, plutony pogrzebowe przemieszczają się czarnymi autobusami, osobnymi dla każdego rodzaju wojska. Trudno powiedzieć o cmentarzu, że tętni życiem, ale ruch w Arlington jest spory. W zasięgu wzroku trwają dwa pogrzeby, w oddali sunie ciężarówka wioząca betonowe sarkofagi, a zza ogrodzenia dobiega szum trasy wylotowej z Waszyngtonu do Wirginii.

Polityka 16.2009 (2701) z dnia 18.04.2009; Świat; s. 90
Reklama