Wielkie cierpienia małolata
Czym ADHD różni się od rozbrykania, a zaduma nastolatka od depresji.
Wielu współczesnych rodziców nie ma pojęcia, jak przebiega rozwój psychofizyczny przypadający na okres dzieciństwa i dorastania, większość po omacku mierzy się z wychowywaniem swoich pociech.
Valeria Schettino/Getty Images/Flickr RF/FPM

Wielu współczesnych rodziców nie ma pojęcia, jak przebiega rozwój psychofizyczny przypadający na okres dzieciństwa i dorastania, większość po omacku mierzy się z wychowywaniem swoich pociech.

Damian w szkole z odpowiedzi ustnych ma same piątki i szóstki, ale z klasówek – jedynki. Nauczycielki mówią, że to z winy lenistwa i niestaranności: myli się przy przepisywaniu, zapomina o dokończeniu zdania. Mama też uważa, że jest leniwy, bo gdy tylko zostawi go samego przy odrabianiu lekcji, chłopiec zaczyna patrzeć na ścianę lub coś rysuje. Rodzice stale przyganiają mu, że jest głupi, bo nie pamięta, że trzeba spakować się do szkoły. Damian zapytany, dlaczego ma kłopoty w nauce, odpowiada: „Jestem głupi i leniwy”.

Marka, wychowywanego przez samotną matkę, ze względu na problemy ze skupieniem i bardzo dużą impulsywność (wystarczyła mała prowokacja, by zaczął bić inne dzieci) wyrzucono ze szkoły zwykłej, potem terapeutycznej. Od trzech lat uczy się indywidualnie w domu i choć mógłby wrócić do szkoły, reaguje na nią z niechęcią i lękiem, bo uważa, że jest tam prześladowany i wyśmiewany. Wystarczą mu dobre relacje z rówieśnikami, z którymi spotyka się podczas zajęć sportowych.

Szkoła, a wcześniej lata przedszkolne to okres ciągłego mierzenia się z wymaganiami. Przez kilka godzin codziennie. W różnych nowych sytuacjach, mających być wstępem do dorosłego życia lub wręcz je odwzorowujących, w skali właściwej dla kilkulatków i nastolatków. Konflikty w grupie rówieśniczej, stres wynikający z porównywania się z innymi, aktywność na najwyższych obrotach – dorośli często mają problem, by temu podołać, jak więc silna musi być psychika dziecka, by dawało sobie radę?

Większość nie ma z tym problemu – uspokaja prof. Tomasz Wolańczyk, krajowy konsultant w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. – Uczą się jak należy, zdobywają nowe umiejętności, zdają egzaminy lepiej lub gorzej. Poważniejsze kłopoty dotykają tych, u których zaburzenia nie zostały wcześniej prawidłowo rozpoznane albo ujawniły się w konfrontacji z nowymi obowiązkami i oczekiwaniami otoczenia.

Osamotnienie

Może więc nieuprawnione jest przekonanie, że współczesna szkoła to wylęgarnia dzieci z depresją, autyzmem lub ADHD – zespołem nadpobudliwości psychoruchowej? Każda z tych chorób została już na tyle dobrze opisana, że można ją rozpoznać w gabinecie specjalisty. Podobnie jak utrudniające naukę dysleksję lub dysgrafię. Częstość tych zaburzeń w badaniach epidemiologicznych została ustalona i wcale nie jest tak, że w ostatnim czasie lawinowo rośnie.

Tymczasem wiele wymienionych diagnoz stawianych jest ad hoc przez samych rodziców lub nauczycieli – często na wyrost, zupełnie niepotrzebnie, co potęguje wrażenie, że w każdej klasie lub grupie przedszkolnej połowa dzieci wymaga leczenia. – W tym tkwi nieraz chęć głębszej pomocy, czasem to wyraz zainteresowania problemami ucznia ze strony wychowawcy. Ale przyszyta dziecku łatka zaburzonego psychicznie jest dla niego niepotrzebnym wstrząsem. Paraliżuje i wprowadza wiele wątpliwości, a niczego nie zmienia, bo po konsultacji okazuje się, że dziecko nie ma żadnej choroby – mówi Teresa Ziętak-Kajka, psycholog i psychoterapeutka z warszawskiej Specjalistycznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej TOP.

Prof. Wolańczyk mówi o nadmiernej psychiatryzacji problemów ujawniających się w wieku szkolnym: – Owszem, przez długi czas liczna grupa pacjentów żyła z dysfunkcjami bez rozpoznania zespołu Aspergera lub ADHD, co skazywało ich na brak pomocy. Ale od pewnego czasu bywa odwrotnie.

Wiele matek przychodzi do specjalistów nie po diagnozę, ale już z gotowym rozpoznaniem. Postawionym na podstawie przeczytanego artykułu lub informacji z Internetu. Dziecko jest ruchliwe i niecierpliwe – więc oczywiście: ADHD! Rodzice trafiają do gabinetu z konkretnym żądaniem: czy córka nie powinna dostawać tabletek, aby siedziała spokojnie? – Wytłumaczyć, że to naturalne, kiedy kilkulatkę rozpiera energia, jest nieraz bardzo trudno – przyznaje krajowy konsultant. – Ale jeszcze trudniej pozbawić złudzeń, że pigułka zadziała wręcz magicznie. Niektórzy liczą na to, że zwolni ich z jakiegokolwiek wysiłku, a w przypadku większości rozbrykanych dzieci praca rodziców powinna być skierowana na właściwe wychowanie.

Do poradni, w której pracuje mgr Ziętak-Kajka, również trafia młodzież z błędnymi rozpoznaniami – przygnębienie ucznia odstaje od średniej, więc nauczyciel wydaje werdykt: choroba psychiczna. – Smutek dziecka nie musi oznaczać depresji. Swoim zachowaniem, często w sposób nieświadomy, próbuje zwrócić na siebie uwagę szkoły, rówieśników, rodziców.

W każdym z tych środowisk tkwi zresztą źródło problemów, które wybuchają pod postacią agresji, zaburzeń nastroju czy trudności dziecka w nauce. Odnalezienie się w grupie rówieśniczej zawsze było niełatwe, ale w dzisiejszych czasach szczególnie niebezpieczna stała się przemoc, z którą coraz więcej dzieci nie potrafi sobie poradzić. – Bierze się to stąd, że jeśli w domu nie otrzymują wystarczającego wsparcia i brakuje im stabilnego poczucia własnej wartości, w nowym środowisku nie potrafią się odnaleźć. Taki maluch nie ma siły, by konfrontować się z innymi – ostrzega Teresa ZiętakKajka.

Szkoła – drugie źródło problemów – zajmuje się stawianiem wymagań i ocen. Dzieci mniej zdolne automatycznie przeżywają stres, bo trudno im nadążyć z przyswojeniem materiału. I choć wsparcie powinno znów przyjść ze strony rodziców, tak się nie dzieje, bo zamiast akceptacji trójek na świadectwie są ciągłe wyrzuty: dlaczego nie jesteś najlepsza, do niczego w życiu nie dojdziesz! – A można mieć trójki w liceum i zostać świetnym fachowcem. Niestety, dorosłym nieraz brakuje wyobraźni – dodaje mgr Ziętak-Kajka. – Mają bardzo wysokie aspiracje i gdy z jakiegoś powodu ich dziecko nie nadąża w szkole, nie potrafią się z tym pogodzić.

Wielu współczesnych rodziców nie ma pojęcia, jak przebiega rozwój psychofizyczny przypadający na okres dzieciństwa i dorastania, większość po omacku mierzy się z wychowywaniem swoich pociech, nie mając w tym ani doświadczenia, ani znikąd pomocy. – Skąd młoda matka, jedynaczka, ma wiedzieć, jak prawidłowo zachowuje się 5-latek, skoro nie miała młodszego rodzeństwa ani nie obserwowała zachowania dzieci u swoich krewnych? – pyta retorycznie prof. Wolańczyk. – Nawet babcia nie może jej podpowiedzieć, bo mieszka na drugim końcu Polski i widzi wnuczka raz w roku.

Jeśli rodzice są przeciążeni pracą i nie mają na nic czasu, jak te kulturowe zmiany może udźwignąć kilkulatek, którego rozwój powinien biec naturalnym torem, a musi sprostać nierzadko narzuconym modom? Od rana szkoła – po niej dodatkowe zajęcia: nauka języków obcych, gry na instrumencie, taniec… Jeśli po całym dniu wypełnionym od rana do wieczora warsztatami i ćwiczeniami, na których wymaga się od dziecka posłuszeństwa i rygoru, po powrocie do domu ma spokojnie usiąść do odrabiania lekcji, nie można się dziwić, że nie będzie chciało się skupić. Zdrowe dzieci muszą się kiedyś wybiegać – zwracają uwagę psycholodzy matkom, które naturalne wyładowywanie energii w takich sytuacjach natychmiast wiążą z ADHD i oczekują leczenia.

Dylemat, czy podawać leki, w wielu domach nawet się nie pojawia. Zwycięża przeświadczenie, że każde dziecko, któremu kiepsko idzie w szkole, to kandydat do farmakoterapii, choć coraz więcej badań wskazuje, że wiele dzieci z łagodnymi postaciami ADHD leków nie potrzebuje. Ważniejsza jest terapia behawioralna, wymagająca – także od dorosłych – staranności i cierpliwości, co jest bez porównania trudniejsze niż zażycie pigułki.

Tych kontrowersji związanych z postępowaniem z dzieckiem nadpobudliwym nie należy mylić z wysuwanymi co pewien czas wątpliwościami, czy ADHD w ogóle istnieje i czy nie jest tylko wymysłem marketingowym. Spór o to od kilku lat trwa zwłaszcza w USA, gdzie nadrozpoznawalność tej choroby jest dużo większa niż w Polsce. Niektórzy amerykańscy psychiatrzy dziecięcy, jak Jerome Kagan lub Leon Eisenberg, otwarcie zakwestionowali prawdziwość diagnoz, sugerując, że jedyną korzyść ma z nich przemysł farmaceutyczny. Sprawa nie jest jednak tak oczywista – nie od dziś bowiem o chorobach, na które po latach oczekiwań pojawiła się kuracja, pisze się więcej. Ale czy to znaczy, że skoro są leki i rozwija się wokół nich marketing, choroby te nie istnieją? W latach 60. podobne dyskusje toczyły się wokół schizofrenii, która dla niektórych psychiatrów również nie była chorobą – dziś taki pogląd to herezja! Medycyna zna także i takie przypadki, kiedy uznane terapie po latach okazywały się nietrafione. Jeśli ma się tak nie stać z ADHD, to tylko pod jednym warunkiem: że będzie rozpoznawana wyłącznie przez specjalistów, w oparciu o konkretne kryteria, które dla tej choroby w ostatnich latach opracowano.

Desperacja

Zdaniem prof. Wolańczyka, wciąż nie udało się nam zerwać ze starym, zakorzenionym w XIX w., stereotypowym podziałem na dzieci chore oraz zdemoralizowane lub źle wychowane. – Pomiędzy tymi biegunami jest jeszcze szeroki obszar zaburzeń, które wymagają psychoedukacji i wsparcia psychologicznego – konstatuje. To dzieci, które np. awanturują się w klasie lub biją rodziców. Nie wymagają kuracji, lecz dobrze zorganizowanej pomocy pozaszpitalnej w ośrodkach interwencji kryzysowej lub poradniach rodzinnych, które u nas praktycznie nie istnieją lub zawalone są innymi obowiązkami, włącznie z niepotrzebną nikomu papierologią.

– Poradnie psychologiczno-pedagogiczne zajmują się najczęściej diagnozą problemów szkolnych i dzieci wagarujące, uciekające z domów, agresywne wobec rodziców oraz nauczycieli kierowane są do poradni i na oddziały psychiatryczne, nieprzygotowane lokalowo i kadrowo do przyjmowania dużych grup agresywnych nastolatków – twierdzi prof. Wolańczyk. Wystarczyłaby im pomoc psychoterapeutyczna w trybie ambulatoryjnym. Tymczasem Centra Pomocy Rodzinie takiej roli nie wypełniają. Gdy agresywny 11-latek z ilorazem inteligencji na granicy normy, z rodziny wcale niepatologicznej, ale w której dochodzi do bójek i kłótni, uderzy matkę lub zrani nożem, przyjeżdża pogotowie i zawozi go na oddział psychiatryczny. Gdyby system był właściwie zorganizowany, już następnego dnia dziecko zostałoby przyjęte z opiekunem w poradni lub wspomnianym centrum interwencji kryzysowej. – Bo kto jest potrzebny? Osoba, która omówi z matką zasady postępowania z dzieckiem impulsywnym i wcale nie musi być nią psychiatra – przekonuje prof. Wolańczyk.

Z kolei młodzieżowe placówki resocjalizacyjne, do których trafiają dzieci zdemoralizowane, skoncentrowane są na wychowywaniu i pracują w nich nauczyciele wychowawcy, a niekoniecznie psycholodzy albo psychoterapeuci. – Nauczycielom rzadziej przychodzi do głowy, że podłożem agresji może być zespół stresu pourazowego po przeżytej przemocy, ADHD lub depresja – krytykuje błędne podejście nasz ekspert.

W psychiatrii dziecięcej istnieje zazwyczaj silny związek czynników biologicznych, rodzinnych i społecznych – spopularyzowane przez media ADHD lub zespoły depresyjne mają predyspozycje genetyczne. Ich objawy są niezależne od dziecka, ale stopień ich wyrażenia może zależeć od otoczenia. Natężenie objawów wynika zatem z tego, na ile wychowanie w rodzinie lub środowisko szkolne skompensuje naturalne niedostatki. Uczeń może mieć niedużą podatność genetyczną na depresję, ale przy tym ciężką dysleksję i dysgrafię wywołujące porażki szkolne i załamania, co wyzwoli u niego początek prawdziwej choroby. Podobnie jest z ADHD, którego objawy mogą przebiegać w różnym stopniu, ale dopiero od pewnej granicy nasilenia stają się zaburzeniem. Uczeń nieumiejący się skupić podczas lekcji w małej klasie, z kompetentnym nauczycielem, poradzi sobie lepiej niż w klasie 30-osobowej, z nauczycielem nerwowym i zmęczonym pracą.

Damian i Marek, których krótkie historie przedstawiliśmy na wstępie, to chłopcy właśnie z ADHD, którym właściwą diagnozę można było postawić wcześniej – gdyby ich rodzice otrzymali wsparcie od pediatry, lekarza rodzinnego lub szkolnego psychologa. Zdaniem prof. Wolańczyka w systemie opieki medycznej nad dziećmi też jest mnóstwo luk: – Niemal 90 proc. dzieci zgłaszanych do naszej kliniki z autyzmem miało prawidłowy bilans dwu- i trzylatka. Ktoś odnotowywał właściwy rozwój dziecka, które nie mówiło, nie reagowało na otoczenie i nie patrzyło na lekarza. Rodzice nie byli pytani o zabawę, mowę w znaczeniu innym niż pierwsze słowa, wzajemny kontakt.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną