Jak mądrze i niemądrze kochają rodzice?

Nie ma gniazd doskonałych
Dr Elżbieta Zubrzycka o mądrej i niemądrej miłości rodzicielskiej.
Dr Teresa Zubrzycka
Leszek Zych/Polityka

Dr Teresa Zubrzycka

Ryszarda Socha: – Mądra miłość rodzicielska – co to znaczy?
Elżbieta Zubrzycka: – Okazywanie dziecku dobrych uczuć, zaufania, szacunku, branie pod uwagę jego oczekiwań. Jednocześnie czuwanie nad nim, które inaczej wygląda w przypadku noworodka, a inaczej w miarę rozwoju i dorastania. Ale nawet noworodkowi nie wciskamy butelki co pięć minut, bo może łyknie, tylko czekamy na moment, kiedy to ono będzie chciało jeść. Chodzi o to, by słuchając i obserwując dziecko, poznawać jego potrzeby i talenty. Trzeba mu pozwolić, by poruszało się swoimi ścieżkami, zgodnie z własnymi, wewnętrznymi potrzebami, i ograniczać je tam, gdzie jest to konieczne.

Żeby nie oparzyło się, próbując złapać płomień świecy?
Ja na to pozwalałam, oczywiście pod kontrolą, bo dziecko w ten sposób bardzo szybko się uczy, na czym polega niebezpieczeństwo. Dajmy mu doświadczać. Nie stwarzajmy atmosfery lęku. Niech poznaje świat. Wtedy ufa sobie i nam, dowiaduje się coraz więcej i jest bezpieczniejsze. I nie będzie eksperymentować z ogniem, kiedy rodzice nie widzą.

Dobra miłość to także wyrażanie pozytywnych uczuć, chwalenie, zachęta do wysiłku, do prób, do ryzyka, utwierdzanie dziecka w poczuciu, że jest akceptowane – w swoich zaletach i wadach, sukcesach i porażkach. Że my, rodzice, jesteśmy dla niego bazą i w każdej chwili może na nas liczyć.

Dom jak bar

Można dziecko kochać za bardzo?
Nie sądzę. Ale można miłość źle wyrażać. Na przykład wyręczać dziecko we wszystkim – rodzic podejmuje za nie decyzje, stara się oszczędzić wszelkiej przykrości. To raczej nadmiar lęku, niewłaściwe zrozumienie, czym jest miłość i jak mamy dbać o dziecko. Nawet jeśli intencja jest najlepsza, to takie zachowania szkodzą. Bo uczy się dziecko, że nie jest zdolne do samodzielnego decydowania. Że nie może popełniać błędów. Że nie wolno mu ryzykować. Robi się z niego fajtłapę albo narcyza, który ma roszczenia. Dziecku miłość wyrażana w taki sposób nie jest do niczego potrzebna. Mało tego: ono tego nie odbiera jako miłość.

Nie brakuje rodzin, w których dzieciom okazuje się uczucia wyłącznie wtedy, gdy spełniają oczekiwania rodziców – są grzeczne, przynoszą świetne oceny, osiągają sukcesy w różnych dziedzinach, nierzadko wskazanych przez dorosłych. Nazywa się to miłością warunkową.
Dotknęła pani dwóch problemów. Jeden sprowadza się do tego, że część rodziców ma jakiś pomysł na dziecko, niezależnie od jego talentów. Proponują mu to, co sami uważają za najlepsze, albo oczekują, że dziecko spełni ich niespełnione marzenia. Będzie grać w piłkę albo na skrzypcach – choć tego nie znosi – bo tata gra. Jeśli rodzice mają dużo zainteresowań, to przynajmniej jest nadzieja, że z czymś trafią na talent i zainteresowania dziecka. Dom powinien być jak bar, w którym jest menu z różnego rodzaju propozycjami. Żeby dziecko mogło wielu rzeczy spróbować. Wrotki, łyżwy, może deskorolka... Żeby zobaczyć, czy jest fizycznie sprawne i czy to lubi. Chodzi o to, żebyśmy pozwolili dziecku po prostu czymś się cieszyć, nie po to, żeby miało osiągnięcia i zbierało laury. Nie wolno stawiać sprawy w taki sposób: nie okażę ci żadnych dobrych uczuć, jeśli nie postąpisz zgodnie z moją wolą. Wtedy ono, chcąc zyskać miłość i akceptację rodziców, będzie tłumić ważne aspekty swojego ja.

Drugi problem to rzeczywiście miłość warunkowa, która jest bardzo szkodliwa. Bo zwykle wychowujemy w ten sposób perfekcjonistę nieakceptującego nikogo, kto byłby od niego lepszy, nieumiejącego się dzielić z innymi ani docenić cudzej pracy, bo był akceptowany, gdy spełniał wymagania. Albo też osoby kompletnie nieświadome swoich własnych uczuć, potrzeb, impulsów. Znajdujące się w miejscu, w którym wcale nie chcą być i często niemające o tym pojęcia. Funkcjonujące na zasadach: tak trzeba, należy, tak wypada, a przede wszystkim – muszę być lepszy od innych. Przez to, że jako dzieci musiały zasłużyć, by otrzymać miłość, w dorosłym życiu nie zniosą koło siebie żadnej konkurencji. Jeżeli ktoś na równorzędnym stanowisku będzie miał lepsze wyniki, to wykopią pod nim najgłębszy dół.

Ale przecież to, że rodzice nakładają na dzieci różne obowiązki i wyznaczają granice, nie musi mieć nic wspólnego z warunkowaniem uczuć.
Nie musi. Jeśli kochamy, to stawiamy dziecku wymagania, ale realistyczne, stosowne do jego wieku i możliwości. Sygnalizujemy, że coś nam się podoba, ale i nie podoba, np. że nie akceptujemy jego zachowań niszczycielskich. Rodzic musi wdrożyć dziecko w kulturę, w wartości przyjęte w społeczeństwie. Ale akceptując to dziecko z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Z badań prowadzonych wśród studentów amerykańskich wynika, że młodzi ludzie, którzy jako dzieci otrzymywali miłość warunkowo, później odczuwali do rodziców urazę i niechęć.
Gdy zorientowali się, w co oni z nimi grali.

Badania matek, które warunkowały miłość, wykazały zaś, że większość z nich w dzieciństwie też musiała zapracować na akceptację. I że czuły się przez to mniej wartościowe jako osoby dorosłe.
No tak. Bo akceptowane były nie one, tylko ich osiągnięcia.

Dlaczego robiły to swoim dzieciom, skoro na własnej skórze przekonały się, jak to działa?
Niektórzy ludzie, jeżeli uważają wzorce wyniesione z domu za niedobre, starają się robić odwrotnie, inni po prostu je powtarzają, a i tak większość wraca do nich w stresie. Pewne wdrukowane sposoby postępowania niezwykle trudno zmienić. Poza tym nie sądzę, żebyśmy zdawali sobie w pełni sprawę, jak ważne jest to, jakimi uczuciami są zabarwione poszczególne zachowania rodziców, nawet najprostsze gesty.

Na przykład.
Dziecko prosi o sól i rodzic ją podaje. Ale czy robi to w taki sposób, że dziecko czuje się szanowane? Czy może ciska solniczką, jak urażony cesarz, któremu ktoś ośmiela się przerywać jedzenie? Dziecko w takiej sytuacji uczy się, że to z nim jest coś nie tak, że nie miało prawa prosić, że jest nic niewarte.

Ten cesarz kocha swoje dziecko?
Może nawet w ogień by wskoczył, gdyby działa mu się krzywda. Jednak na co dzień zachowuje się w taki sposób, że ono w kontakcie z nim nie odbiera miłości. Wychowuje się jako to gorsze. Z miłością możemy też bić. Im bardziej dorośli są zaburzeni, im więcej mają trudności ze sobą, tym bardziej się to odciska na dziecku. A nie ma ludzi idealnych. Każdy z nas ma lepsze i gorsze momenty. Pod wpływem alkoholu rośnie agresja. Około 20 proc. kobiet na jakimś etapie życia cierpi na depresję.

Czy zatem zdrowej miłości rodzicielskiej można się nauczyć?
Jeżeli chcemy być dobrymi rodzicami, to naszym obowiązkiem jest pracować nad tym, byśmy stawali się coraz bardziej poukładanymi wewnętrznie, spokojnymi, kochającymi siebie ludźmi. Niektórzy mają tego świadomość i wciąż szukają. Chodzą na różne kursy, warsztaty, czytają książki, oglądają filmy. Obecnie jest dużo możliwości, żeby się rozwijać rodzicielsko.

Spis toksyn domowych

Ze źle poukładanych rodzin wychodzą ludzie z defektami. Czy dziś psychologia wie już dokładnie, czym domowe toksyny skutkują?
Długo pracowałam w terapii rodzin, ciągle czekając, żeby ktoś naukowo odpowiedział na pytanie, jaki typ rodzin do jakich prowadzi – nazwijmy to – trudności czy zaburzeń w rozwoju człowieka. I dopiero niedawno zrobił to Jeffrey K. Young wraz ze współpracownikami. Połączył wiedzę zaczerpniętą z różnych teorii. Zazwyczaj jak ktoś jest psychoanalitykiem, to ma za nic behawiorystów. Z kolei behawioryści za nic mają psychoanalityków. Są zamknięci w swoich granicach. Young sięgnął do różnych teorii i stworzył pewien model, który opisał w książce „Terapia schematów”.

Wyodrębnił on pięć typów rodzin o wyrazistej charakterystyce, które działają toksycznie na dzieci. Wśród nich jest rodzina, która warunkuje miłość, w której emocjonalne potrzeby rodziców są ważniejsze niż potrzeby dzieci. Jest rodzina nadopiekuńcza, która nie zaspokaja potrzeby autonomii dziecka, nie stawia mu realistycznych granic. A także rodzina, gdzie panuje permisywizm, czyli nadmierna akceptacja dla wszelkich zachowań, pobłażliwość, brak nadzoru.

Życie w tych rodzinach może prowadzić do osiemnastu typów zaburzeń, nazwanych tu elegancko schematami. Te schematy wyuczone w dzieciństwie ograniczają ludziom zdolność radzenia sobie z nowymi sytuacjami, w których potrzebne są inne, nieznane im sposoby zachowania. To tak, jakby ktoś miał dwa palce u ręki zamiast pięciu.

Wśród wymienionych przez Younga jest rodzina, którą kojarzymy z modnym swego czasu wychowaniem bezstresowym.
Tak. W której dziecko jest zwykle rozpieszczane, niczego mu się nie odmawia. Podobnie jak w rodzinie nadopiekuńczej otrzymuje „za dużo dobrego”, ale nie wyznacza mu się realistycznych granic, stąd później problemy. W pozostałych dwóch typach rodzin jest ponuro, smutno i chłodno. W rygorystycznej na pierwszym miejscu stawia się obowiązki i przestrzeganie zasad, często kosztem szczęścia, autoekspresji, relaksu, bliskich związków lub zdrowia. (Young stosuje do tego modelu formułę „nadmierna czujność i zahamowanie”). To przypomina bardzo tradycyjne, zimne rodziny. Mną najbardziej wstrząsnął typ rodziny opisany jako „brak więzi i odrzucenie”, w którym prócz chłodu, dystansu, ponurości, braku bliskości jest wybuchowość, duża nieprzewidywalność lub przemoc.

Brakuje miłości.
Panuje obojętność. Zmarły niedawno japoński naukowiec Masaru Emoto prowadził doświadczenia w cyklu „Wieści z wody”, pokazujące niezwykłe znaczenie emocji. W jednym z eksperymentów do trzech szklanek wsypano trochę ryżu i zalano go wodą. Do jednej szklanki codziennie mówiono kocham cię, drugą ignorowano, a do trzeciej zwracano się słowami „głupia jesteś”. Po miesiącu w tej pierwszej, „kochanej” szklance nastąpiła ładna fermentacja, jej zawartość dobrze pachniała. W tej wyzywanej ryż zgnił. A ten ignorowany wydzielał jakąś potworną woń. Brak miłości jest dla dziecka straszny. A obojętność nawet gorsza niż niechęć.

Dziecko czuje się opuszczone, nie może na rodzicach polegać. I takie dzieci wyrastają na osoby, które nie ufają innym, nie wierzą, że człowiek może tak z potrzeby serca zrobić coś dobrego, lecz tylko kiedy ma w tym interes. Mają poczucie niższości, bylejakości, bezwartościowości, po prostu bycia gorszym. Są zerem, gnijącym ryżem i tak się też czują. Gdy czytam ten opis, widzę niektóre rodziny z problemem alkoholowym. W Polsce jest dużo rodzin, w których się pije. To nie musi być alkoholizm sensu stricte. Wystarczy, że raz w miesiącu rodzic o drugiej w nocy zrobi awanturę – to już czyni ogromne spustoszenie w psychice dziecka. Być może stąd w naszym społeczeństwie tyle nienawiści, internetowego hejtu, braku szacunku dla drugiego człowieka, wiary w jego przyzwoitość, w działanie z uczciwych pobudek, zacietrzewienia i zaciętości. Porusza mnie to, bo robiłam doktorat z rodzin z problemem alkoholowym. Są też takie, gdzie w okresie „suchym” jest dużo miłości, opiekuńczości. Ale bardzo dużo jest rodzin wrogich, smętnych, wystraszonych...

Przeważnie pije tylko jedno z rodziców. Jest jeszcze to drugie.
Jeżeli matka żyje w nieustannym lęku i napięciu, bo już godz. 19, a męża nie ma, to nie jest w stanie zalewać dzieci miłością, gdyż głównie musi sobie poradzić z własnymi uczuciami. Dzieci powyżej 12. roku życia zaczynają mieć większe pretensje do matki niż do ojca. Bo ojciec chory, alkoholik, wiadomo. Ale dlaczego matka, która nie pije, nie jest wystarczająco dobrą matką. Dlaczego nie załatwiła sprawy z ojcem, nie zrobiła porządku z domem.

I co dalej z tymi uszkodzeniami? To się naprawia?
Tak, właściwie cała książka Younga jest o tym, w jaki sposób pracować, żeby człowiekowi, który ma dwa czy trzy palce zamiast pięciu, niejako dorobić te brakujące. Czego go trzeba nauczyć. Przez jakie błędne przekonania się przebić. Myślę, że w polskich rodzinach generalnie jest za dużo krytycyzmu, obwiniania. Rodzice niepewni siebie ciągle chcą dzieciom udowadniać, że są lepsi od nich, mądrzejsi, że nad nimi górują. Za mało jest akceptacji, szacunku.

Dziecko także nie zawsze jest aniołem.
Jeżeli mamy krytykować, to krytykujmy dane zachowanie. Nie osądzajmy dziecka całościowo. To będzie zupełnie inny komunikat niż: ty durniu, jesteś głupkiem, bo zrobiłeś to i to. Próbujmy pokazać dobre rozwiązania, rozmawiać bardziej pytaniami niż osądzać. W domach i szkołach brakuje zrozumienia, jak wiele krzywdy robi się człowiekowi słowem. Krytyką i wyszydzaniem w obecności innych. Tak się dzieje na każdej niemal lekcji. Osoby prowadzące szkolenia mówią o tym, jak trudno jest nauczycielom i rodzicom nauczyć się przekazywania dziecku krytyki pozytywnie. To duża sztuka, coś, co wielu osobom w głowach się nie mieści. Młodzi najbardziej skarżą się właśnie na to, że nie mogą rozmawiać z rodzicami, bo oni bardzo negatywnie do nich się zwracają. Albo odwrotnie, o wszystko obwiniają świat zewnętrzny. Nie uczą brania odpowiedzialności. A młody wie, że postąpił źle.

Co oni mi zrobili

Gdy dziecko się usamodzielnia, rodzice często mają poczucie, że przestaje ich kochać. Także ci dobrzy rodzice.
Dzieci są ufne, kochające i otwarte do około 12. roku życia. W okresie dorastania nabierają samoświadomości. Zaczyna oddziaływać grupa rówieśnicza, porównywanie i bunt przeciwko rodzicom. Coraz bardziej widać, że rodzice nie spełnili rosnących oczekiwań. Więc może pojawić się trochę najróżniejszych pretensji. A szczególnie jeśli dziecko pójdzie na psychologię. To jest 5 lat studiów na temat tego, co mi zrobili rodzice.

Żartuje pani?
Nie do końca. Bo ciągle jeszcze współczesna psychologia nastawiona jest bardziej na poszukiwanie przyczyn niż na rozwiązywanie problemów. Zawsze się to sprowadza do mamusi i trochę do tatusia. Młody człowiek podsumowuje i idzie z pretensjami do rodziców. A oni zamiast potwierdzić – może rzeczywiście za mało było nas w domu, nie poświęciliśmy ci dostatecznie dużo czasu, przepraszamy cię za to – zapierają się, nie słyszą. Nie pytają, czy mogą dziś jakoś naprawić zaniedbania. Nie umieją rozmawiać na ten temat i mają żal za krytykę. Tymczasem powinni przyjąć na siebie odpowiedzialność, że nie byli doskonałymi rodzicami. A dziecko – zrozumieć, że nie może od nich doskonałości oczekiwać. Oni są dla niego startem, trampoliną dla własnego rozwoju. Kiedyś to zrozumie. Być może wtedy, kiedy będzie miało własne dzieci.

Jednocześnie rodzice muszą być przygotowani na to, że doroślejące dzieci angażują się w swoje sprawy. Mają coraz mniej czasu i uwagi dla rodziców. Dojrzewanie dzieci w rodzinie może być okresem spiętrzenia wzajemnych pretensji. A to oddala.

Można tego uniknąć?
Tak, jeśli w rodzinie zostały wcześniej wypracowane nawykowe sposoby poświęcania sobie nawzajem uwagi, wyrażania uczuć i miłości. Proste sprawy: zaproponować herbatę, okryć kocem śpiącego. W razie dalekiego wyjazdu pamiętać o tym, by po dojechaniu na miejsce wysłać esemesa. Te nawyki uczą dziecko empatii wobec rodzica, który się denerwuje, i podtrzymują więź. Kiedy dorośnie, będzie miało potrzebę dzielenia się przeżyciami, może zadzwoni: tato, byłem dziś na superfilmie, może też byś poszedł. Albo: mamo byłem na filmie, dla mnie nie bardzo, ale tobie by się spodobał. Na pewno tego nie zrobi, jeśli jako dziecko słyszał od ojca komentarze: nic, tylko haruję na twoje rozrywki. A od matki: ty, synku, ucz się, zamiast czas trwonić. Dobry kontakt to jest konsekwencja bardzo wielu lat. Jeśli przeoczyliśmy nauczenie czegoś naszego dziecka w odpowiednim czasie, to potem się nie dziwmy, że tego nie umie. Pamiętajmy, że zawsze staraliśmy się postępować najlepiej, jak potrafimy. Jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy pomyłki, nawet jeśli bardzo kochamy.

rozmawiała Ryszarda Socha

***

Rozmówczyni jest biologiem i psychologiem, założycielką Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Wykładała na Uniwersytecie Gdańskim, pracowała jako terapeuta w Poradni Nerwic. Autorka publikacji poświęconych rodzinie oraz licznych książek edukacyjnych dla dzieci (wiele z nich jest wykorzystywanych przez nauczycieli jako lektury szkolne). Matka trzech synów.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną