Jak postawić granicę między pracą a czasem wolnym?

Życie w tempie Niko Niko
Slow: moda, snobizm czy próba normalniejszego, uważniejszego życia.
Édouard Manet, Śniadanie na trawie, 1863 r.
Archiwum

Édouard Manet, Śniadanie na trawie, 1863 r.

Poniższy tekst ukazał się w Poradniku Psychologicznym „Ja My Oni” w maju 2016 r.

„Człowiek jest tym, co je” – powiedział w połowie XIX w. niemiecki filozof Ludwig Feuerbach. Pod koniec XX w. uzupełniono jego myśl o słówko „jak”. We Włoszech w 1986 r. krytyk kulinarny Carlo Petrini założył organizację Slow Food (dosłownie: powolne, niespieszne jedzenie). Był to wyraz sprzeciwu wobec fast foodu (w tym otwarcia restauracji McDonald’s w zabytkowej części Rzymu) i upadku kultury spożywania posiłków tak, żeby w pełni delektować się ich smakiem. Dla masowego konsumenta przełomowy w myśleniu o jedzeniu był z kolei rok 2004, kiedy to na ekrany wszedł film „Super Size Me”. Jego reżyser i główny bohater Morgan Spurlock przez miesiąc jadał wyłącznie w McDonald’s i szczegółowo zapoznał widzów z efektami w postaci dodatkowych kilogramów, spadku formy i kłopotów zdrowotnych. Zrobiło to wrażenie na okazjonalnych nawet konsumentach zestawu powiększonego. I na szefostwie sieci: w menu restauracji pojawiły się sałatki z zieleniną.

Ruch slow rozlał się z czasem ze sfery dotyczącej głównie jedzenia (regionalnych, sezonowych produktów wysokiej jakości, ochrony znikających z rynku delikatesowych rarytasów oraz tradycyjnych receptur) na inne dziedziny życia. I tak obecnie występuje we wcieleniach slow fashion (moda), slow design (sztuka użytkowa), slow travel (podróżowanie), slow sex, slow parenting (rodzicielstwo). Powstał więc cały ruch nazywany slow life (życie). Co go wyróżnia? Nawoływanie do bardziej świadomego życia na różnych poziomach. Chodzi tu nie tylko o mądrą konsumpcję potraw, lecz także przedmiotów czy przyrody, oraz o budowanie lepszych, bardziej autentycznych relacji z innymi ludźmi – partnerem i dziećmi. O wsłuchanie się w siebie i uważność na to, co dzieje się dookoła nas. Marta Niedźwiecka, współautorka książki „Slow sex. Uwolnij miłość”, mówi na przykład o najnowszej odmianie slow, czyli slow joggingu: „Wywodzi się z Japonii. (…) opiera się na spokojnym bieganiu, najlepiej na łonie natury w tempie – uwaga – Niko Niko, co po japońsku znaczy uśmiech. To jest bieg na tyle łagodny, że możesz się uśmiechać i mówić, a nie zaciskać zęby, żeby dociągnąć do mety. Gdy biegniesz w rytmie Niko Niko, sam regulujesz prędkość. Jedni mogą się nadal uśmiechać, gdy biegną 10 km na godzinę, a inni muszą zwolnić do 6 km”. W slow life chodzi więc o danie ludziom prawa do własnego tempa, w którym będą cieszyć się życiem.

Erozja swobody

Choć popularyzatorzy slow wystrzegają się sprowadzania tego ruchu do promocji robienia różnych rzeczy powoli, jego związek z czasem – zwłaszcza wolnym – jest niebagatelny. Nie byłoby slow, gdyby nie zmiana sposobów odpoczywania. Jak zauważa prof. Tomasz Szlendak, dyrektor Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w społeczeństwach postindustrialnych wykształcone osoby z klasy średniej i wyższej zatraciły zdolność stawiania granicy między pracą a czasem wolnym. Lekarz niesie pomoc również podczas odpoczynku na plaży, dziennikarz ma oczy i uszy otwarte 24 godziny na dobę, a copywriter wciąż zapisuje w notesie dowcipne hasełka. Formułowane jeszcze w latach 70. oczekiwania, że wraz z rozwojem technologii czas pracy będzie się skracał, nie sprawdziły się. Technologie wręcz kradną ludziom czas wolny, sprawiając, że nawet po przyjściu do domu zachowują się oni jak w pracy (e-maile, telefony dosięgną nas wszędzie), a w czasie pracy – ulegają iluzji internetowej odskoczni od kieratu, dryfując po Facebooku, Twitterze czy Instagramie, co obniża ich efektywność i zmusza do zabierania pracy do domu. „Nie ma zatem czasu wolnego rozumianego jako czas wolny od pracy” – podsumowuje prof. Szlendak. Przestał funkcjonować układ, w którym kierat pracy był przerywany raz w roku dwutygodniowymi wakacjami w ciepłym miejscu z tzw. twardym resetem przy basenie z opcją all inclusive. A nawet jeśli ktoś może sobie na taki luksus pozwolić, nawet najwygodniejszy hotel ze spa nie koi jego nerwów zszarganych 52 pozostałymi tygodniami spędzonymi w pracy od świtu do zmierzchu.

Człowiek współczesny za bardzo identyfikuje się ze swoją pracą. Co mu pozostaje?

Musi wynaleźć czas wolny na nowo – taki w kawałkach, mniej spektakularny. Na przykład w co drugi letni weekend umówić się z przyjaciółmi na obiad na targu kulinarnym pod gołym niebem. Albo zorganizować wyjazd na imprezę slow. – One są odpowiedzią na potrzebę ludzi, aby zwolnić dotychczasowe szaleńcze tempo życia. By mieć większy wpływ na swoją egzystencję w różnych obszarach, chcemy naszym gościom zaproponować alternatywę – lepszą jakość za trochę wyższą cenę – mówi Magdalena Buczak, kierownik projektu z Grupy Slow, firmy promującej ten trend m.in. poprzez organizowanie rozmaitych imprez. W ruchu slow chodzi więc i o to, aby z trudem zarobionych pieniędzy nie wydawać bezmyślnie lub pochopnie. Być bardziej wymagającym i świadomym konsumentem.

Możliwości jest sporo. Silesia Bazaar w Katowicach zaprasza do uczestnictwa w targach mody, biżuterii i designu połączonych z prelekcjami i warsztatami. Warszawskie Regionalia – Targi Produktów Tradycyjnych i Ekologicznych czy Targ Prawdziwy – dają szansę zakupu organicznych produktów spożywczych, kosmetyków i ubrań. Targi Smaki Regionów w Poznaniu, organizowane przez Międzynarodowe Targi Poznańskie oraz Związek Województw RP, są okazją do poznania polskiej żywności przygotowanej według starych receptur. Małopolski festiwal Święto Ogrodów zaprasza do zwiedzenia ogrodów klasztornych, królewskich i prywatnych oraz wzięcia udziału w prelekcjach, wernisażach i koncertach. Krakowski Slow Weekend – to z kolei połączenie targów i pikniku. Są jeszcze weekendowe targi spożywczo-kulinarne (m.in. Targ Śniadaniowy w Warszawie). I kilka restauracji w Polsce cieszących się prestiżową rekomendacją Slow Food, m.in. Atelier Amaro.

Do rangi wydarzenia dużego kalibru awansowały targi Slow Fashion, organizowane przez wspomnianą Grupę Slow: odbyło się pięć edycji, podczas każdej swoje pomysły zaprezentowało ok. 200 projektantów z całej Polski. Targi odwiedza za każdym razem ok. 10 000 gości. – Noszenie ubrań od polskich projektantów jest teraz w dobrym tonie. Klienci poszukują naturalnych materiałów dobrej jakości. Coraz bardziej dbają o swój komfort. Podczas targów edukujemy również naszych gości, organizując m.in. warsztaty, jak zrobić peeling solny czy napis w formie sitodruku, który odświeży stary T-shirt – mówi Magdalena Buczak.

Słow pod kołdrą

Slow może być także w sypialni – przekonują autorki książki „Slow sex. Uwolnij miłość” Marta Niedźwiecka (sex coach) i Hanna Rydlewska (dziennikarka). I tutaj pierwszym krokiem jest zmiana stosunku do czasu. Trzeba nauczyć się trudnej sztuki bycia tu i teraz. Unikać wybiegania myślami ku przyszłym potencjalnym kłopotom oraz zawieszania się na przeszłych bolesnych doświadczeniach. To warunek konieczny, aby poczuć się dobrze w swoim ciele i dać sobie prawo do przyjemności. Autorki podkreślają, że gra wstępna trwa cały dzień – to nie jest tylko to „coś” parę minut przed tym właściwym „czymś”.

Ich książka jest opowieścią o tym, jak współcześnie „w erze prędkości, nadmiaru, naskórkowych relacji międzyludzkich, samotności maskowanej podbojami w sieci i neuroz tłumionych za pomocą kompulsywnego seksu i zakupów – zatrzymać się i z czułością pochylić nad własną seksualnością”. Proponują zestaw metod, które pozwalają „uprawiać seks trzy godziny, ale również trzydzieści fascynujących minut. Najważniejsze, żeby był jakościowy, uważny i świadomy”. Autorki uważają również, że Polacy i Polki wciąż wstydzą się swojej seksualności. Wydaje im się, że jakoś ze sprawami seksu sobie radzą i wstydzą się pytać, dowiadywać, szukać pomocy, aby tę sferę swojego życia nie tylko ożywić, lecz także wręcz zacząć czerpać z niej energię i siłę. Autorki polecają zacząć od „przebadania” własnego ciała, zorientowania się, jakie jest nasze tempo giusto. Wszak nie do końca chodzi o to, by seks stał się powolny, ale żeby uprawiać go we własnym tempie. Aby przestać traktować swoje ciało jak przedmiot, który dostarcza przyjemności. Poświęcić mu uwagę, nawiązać z nim kontakt, bo „kiepski, nieuważny seks jest jak śmieciowe jedzenie. (…) Uważne i świadome życie nie zabiera nam intensywnych wrażeń, przeciwnie – dostarcza ich coraz więcej. (…) Gdy rozróżniasz smaki, jesz mniej, ale lepiej. Wtedy, gdy seks zyskuje więcej odcieni, uprawiasz go z rozkoszą, ale selektywnie. (…) Seks raz w miesiącu, tylko że genialny i satysfakcjonujący obie strony, może zrobić związkowi lepiej niż wymuszony, niechciany seks co dwa dni. Róbcie to rzadziej i lepiej, a nie często i beznadziejnie”.

Prowadzona awangarda

Czy slow life jest nowym wymysłem ludzi uprzywilejowanych społecznie, kolejnym snobizmem klasy średniej? Zdaniem Piotra Chabzdy, redaktora ukazującego się od czterech lat magazynu „SlowLife”, ruchem zainteresowane są głównie kobiety w wieku 25–55 lat, wykształcone i zamożne mieszkanki dużych miast. Jednak – jak zauważył socjolog Georg Simmel w eseju „Z psychologii mody. Studium socjologiczne” z 1895 r. – nowe trendy idą zwykle z góry na dół drabiny społecznej, a nie emanują z jej środka. Klasa wyższa była więc slow jeszcze w czasach, kiedy to się tak nie nazywało. Klasie średniej jedynie wydaje się, że wyznając slow life, jest w awangardzie. Jak to ujął Simmel: prowadzący jest w gruncie rzeczy prowadzony.

Brytyjski „Vogue” opisał niedawno dom pewnej pary z artystycznej elity – Patricka Kinmontha, reżysera, projektanta wnętrz i kuratora wystaw, i Tessy Traeger, fotografki jedzenia i ogrodów. Para mieszka w zakupionym przez siebie XVI-wiecznym dworku w Devon w Anglii, który urządza od wielu lat głównie antykami z połowy XVII w. Dwór otacza zaś piękny ogród, który programowo wygląda tak, jakby od trzech tygodni nikt się nim nie zajmował. Jest w nim również warzywnik i zielnik. Pani domu uwielbia podawać na lunch sałatę czy pomidory z własnej uprawy. A w wazonach ustawiać kwiaty – również z własnego ogrodu. Patrick i Tessa bez wątpienia są slow. Byli tacy, zanim całe to zamieszanie wokół slow się zaczęło. Ale bez obaw. Każdy może być slow, tyle że – jak powiedziałby Ryszard Ochódzki z „Misia” – na skalę swoich możliwości.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną