Jak się kształtuje przyjaźń między mężczyznami

Kumple, kompani, koledzy z wojska
Po co mężczyznom męska przyjaźń.
Przyjaźń między mężczyznami może być, o czym się relatywnie mało mówi, punktem wyjścia do stosowanej przez nich przemocy.
Bernd Lohse/bpk/BEW

Przyjaźń między mężczyznami może być, o czym się relatywnie mało mówi, punktem wyjścia do stosowanej przez nich przemocy.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – z tą dewizą Atosa, Portosa, Aramisa i d’Artagnana z powieści Aleksandra Dumasa do dziś wielu mężczyzn się utożsamia. Dla jednych taka przyjaźń jest niedościgłym marzeniem, dla innych przekleństwem.

Trzy oblicza przyjaźni

Dr hab. Michał Herer z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego w książce „Pochwała przyjaźni” zauważa, że męska przyjaźń może przybrać co najmniej trzy formy. Po pierwsze, przyjaciel dla mężczyzny może być powiernikiem w sprawach miłosnych. Może towarzyszyć mu w kolejnych fazach związku i wspierać go w postępujących etapach rozczarowania. Przyjaciel jest wtedy świadkiem zarówno powstającej ekscytacji, jak i tym, który po wszystkim powie, że „nic się nie stało”, i wyciągnie na drinka. To rola najbardziej oczywista z możliwych, ograna przez popkulturę i dość nieskomplikowana (chyba że przyjaciel zakocha się w byłej dziewczynie przyjaciela i nie wie, jak mu o tym powiedzieć).

Po drugie, przyjaciel dla mężczyzny może być – jak to określa Michał Herer – przyjacielem – jedynym. Relacja przyjaźni między mężczyznami może wtedy przybrać formę silnej więzi, opartej na idealizacji drugiej osoby, zazdrości o nią, lęku przed opuszczeniem, a nawet „ambiwalentnych uczuć oscylujących między bezgranicznym oddaniem a skrywaną niechęcią”. W relacji takiej jeden z mężczyzn może być bardziej uczniem, a drugi – mistrzem. Przy czym te pełnione przez obu mężczyzn role mogą ulegać, z czasem lub w zależności od aspektu życia, zamianie. Jeden bowiem może podziwiać drugiego za cechy, których sam nie ma, które są/stają się na jakimś etapie życia dla niego ważne. Taka przyjacielska relacja przypomina (neurotyczną) miłość, tyle że pozbawioną seksualnego pożądania.

Po trzecie, przyjaźń między mężczyznami może być, o czym się relatywnie mało mówi, punktem wyjścia do stosowanej przez nich przemocy. Jak zauważa Herer – przyjaciel dla mężczyzny może być również współtowarzyszem-żołnierzem, a łączyć ich może wspólnota walki. W męskim stowarzyszeniu – czy to będzie uliczny gang, grupa kibiców czy oddział wojskowy – mężczyźni budują braterską przyjaźń i grupową tożsamość, która daje im poczucie własnej wartości i skuteczności. „Ta postać przyjaźni polega na uczestnictwie mężczyzny w grupie mężczyzn opartej na hierarchii i spajanej przez – zarówno kierowaną na zewnątrz, jak i do wewnątrz – przemoc”. Jest owa postać przyjaźni wspólnotą walki (zabijania), drużyną, grupą towarzyszy broni – doświadczeniem wręcz transhistorycznym i transkulturowym.

Niemiecki badacz kultury Klaus Theweleit, autor „Męskich fantazji” poświęconych narodzinom faszyzmu, uważa wręcz, że agresja jest wpisana w niemal wszystkie męskie grupy i stowarzyszenia. Z kolei brytyjski socjolog Anthony Giddens, autor „Przemian intymności”, dodałby, że męskie zbiorowe działania często są oparte na rywalizacji np. sportowej. Sport bowiem jest współcześnie (w zasadzie jedyną) społecznie akceptowaną i chętnie wybieraną przez mężczyzn formą spędzania wolnego czasu z innymi mężczyznami.

Jeden czy wielu

Arystoteles powiedział: „Kto ma przyjaciół, ten nie ma przyjaciela”. Czyżby przewidział sytuację tych, którzy pomimo setek przyjaciół na Facebooku czują się niezrozumiani? Być może. Chodziło mu prawdopodobnie jednak o to, że istnieje jakaś optymalna liczba przyjaciół, jaką powinien mieć człowiek.

Że nie chodzi o to, aby ich mieć jak najwięcej, że nie liczba, ale jakość się liczy. Współczesne badania są zgodne z tą intuicją. Niektóre mówią o tym, że kluczowe jest, aby mieć co najmniej jedną naprawdę bliską osobę, która człowieka akceptuje, rozumie i wspiera. I że to wystarcza. Jeśli połączymy tę intuicję z wcześniejszym spostrzeżeniem, że przyjaźń między mężczyznami może przybrać formę silnej więzi, której nie jest obca ani zazdrość o drugą osobę, ani bycie zaborczym, to okaże się, że mężczyźni zazdroszczą swoim przyjaciołom-mężczyznom… innych przyjaciół. W takiej neurotycznej wersji przyjaźni – podszytej lękiem przed opuszczeniem i niskim poczuciem własnej wartości – mężczyzna może mieć pretensje do swojego przyjaciela, że „on mu już nie wystarcza”, robić przyjacielowi wymówki, obrażać się, miotać.

Psychiatra i psychoterapeutka Magdalena Namysłowska w rozmowie opublikowanej w książce „Po prostu przyjaźń” Hanny Rydlewskiej zauważa, że w niektórych przyjaźniach osoby są zazdrosne, jeśli przyjaciel zaprzyjaźni się z kimś innym. Ludzie traktują to wydarzenie jako porażkę. Zastanawiają się, w czym są gorsi od tej innej osoby, że ich przyjaciel znalazł nowy obiekt fascynacji, zainteresowania. Ludzie reagują wtedy bardzo emocjonalnie. „Niektóre przyjaźnie są zbyt hermetyczne, mamy w nich pragnienie wyłączności, wygórowane oczekiwania wobec przyjaciela” – mówi dr Magdalena Namysłowska. Tym wygórowanym oczekiwaniom i idealizacji, oczywiście, niewiele osób jest w stanie sprostać.

Co ciekawe, psychiatra uważa, że zazdrość o przyjaciela czasem działa ożywczo. Jest bowiem impulsem do zmiany siebie (sposobów reagowania, oczekiwań, sposobu komunikowania się, zainteresowań), a potem – do zmiany swojego podejścia do relacji z innymi ludźmi w ogóle. Jeśli przyjaciele wyjaśnią sobie nawzajem swoje intencje i potrzeby, obawy i lęki, ich relacja może się odrodzić na nieco innych zasadach. Zostanie odidealizowana i stanie się mniej męcząca i duszna. „Przełamanie kryzysu w fantastyczny sposób zbliża przyjaciół” – mówi. O ile więc zazdrość o przyjaciela i jego relacje z innymi przyjaciółmi mogą okazać się doświadczeniem pożytecznym, o tyle zawiść w przyjaźni jest jednoznacznie destrukcyjna. A czego zawiszczą sobie mężczyźni?

Mówiąc bardzo stereotypowo (ale nie mijając się zanadto z prawdą) – powodzenia u kobiety lub kobiet w ogóle, zarobków, ciekawej pracy, dobrego samochodu, większego mieszkania, ładniejszego domu, wysportowanej sylwetki, modnych gadżetów. Ta lista jest, niestety, długa i uzależniona od osobistych pól zainteresowania i deficytów na ich tle. Sprowadza się jednak do jednej, silnej i zawstydzającej reakcji, że oto nagle życzy się źle komuś, kogo przecież się lubi. Robi się tak dlatego, że już dłużej nie da się znieść domniemanego szczęścia przyjaciela zestawionego z własnym dojmującym brakiem. Magdalena Namysłowska w takich sytuacjach radzi, aby zadać sobie następujące pytania: „Co się takiego we mnie dzieje, że moje uczucia przybierają taką siłę? Dlaczego mam ochotę pozbawić drugą osobę szczęścia? Czemu chcę zmącić jej spokój? Dlaczego gryzą mnie jej osiągnięcia? Czego właściwie brakuje mi w życiu?”. Być może znalezienie odpowiedzi na te pytania przywróci nam nieco spokoju i sprawi, że nasza przyjaźń ocaleje lub nawet się wzmocni.

Unikatowe poczucie „my”

O przyjaźń warto dbać, bo jest niezbędna dla naszego funkcjonowania – nie tylko w skali jednostki, ale wręcz całego gatunku. Zdolność do zawierania przyjaźni i – szerzej – do współpracy jest bowiem kwintesencją bycia człowiekiem. Uważa tak amerykański psycholog rozwojowy Michael Tomasello, dyrektor Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka w Lipsku. W swoich wykładach, zebranych w książce „Dlaczego współpracujemy”, przekonuje, że ludzie kooperują ze sobą w wyjątkowy sposób, bazując w tym procesie na tzw. dzielonej intencjonalności. Polega ona na umiejętności tworzenia z innymi wspólnych intencji, angażowania się we wspólne przedsięwzięcia, odczuwania zobowiązania wobec bliskich. Eksperymenty prowadzone przez Michaela Tomasella i jego zespół wykazały, że już 18-miesięczne dzieci są zdolne do wytworzenia z dorosłym-eksperymentatorem poczucia dzielonej intencjonalności. Na początku badania dziecko obserwuje biernie, jak dorosły wkłada plik gazet do szafki. Następnie dorosły podchodzi do szafki z kolejnym plikiem gazet i ma trudności z jej otwarciem. Wtedy zwykle dziecko pomaga dorosłemu otworzyć szafkę. W kolejnym kroku dziecko, gdy tylko widzi zbliżającego się dorosłego z plikiem gazet, antycypuje, co się stanie dalej, i samo otwiera drzwi szafki, aby dorosły włożył do niej niesione przez siebie gazety. Niektóre dzieci wręcz komunikują dorosłemu, że „gazety powinny iść tam”, przez wskazanie palcem szafki. Trzy próby wystarczą, aby wytworzyć u 18-miesięcznych dzieci oczekiwanie odnośnie do zachowania drugiej osoby, dzieloną intencjonalność i poczucie „my”. Dziecko uczy się, że ta sytuacja tak działa, w ten sposób to robimy (gazety wkładamy do szafki).

Poczucie dzielonej intencjonalności, poczucie „my”, wytwarza się oczywiście również w relacji przyjacielskiej. W takiej relacji tworzą się oczekiwania wobec drugiej strony (mój przyjaciel nie będzie mnie oceniał), nasze prawa (mam prawo do swojego zdania, nie musimy się zawsze ze sobą zgadzać) i obowiązki (nawet jeśli wolę tego dnia robić co innego, gdy przyjaciel prosi mnie o przysługę, pomogę mu). Relacja przyjacielska to doświadczenie unikatowe – ludzkie. Zwłaszcza jeśli nasz przyjaciel nie jest jednocześnie naszym krewnym. Jak bowiem podkreśla Michael Tomasello, jakiekolwiek przykłady kooperacji wśród naczelnych różne od człowieka, są prawdopodobnie oparte na pokrewieństwie albo bezpośredniej wzajemności.

Do niedawna sądzono, że m.in. szympansy zachowują się czasami tak, jakby kierowały się poczuciem „my” i wytwarzały dzieloną intencjonalność. Badacze obserwowali, jak szympansy polują grupą na gerezy rude w lasach Parku Narodowego Tai na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Wydawało się, że każdy samiec z grupy ma przydzieloną rolę i wie, kto z pozostałych jaką rolę pełni w grupie i co zrobi podczas polowania (jeden samiec inicjuje pościg za gerezą, inny zachodzi ją z boku, inny dobija). Badacze sądzili, że polujące szympansy mają wspólny cel i skoordynowany podział pracy. Jednak wnikliwsze obserwacje sugerują, że raczej projektowali oni na zwierzęta intencjonalność, niż faktycznie znaleźli na nią dowody.

Michael Tomasello uważa, że szympansy polujące na gerezy rude robią to spontanicznie (nie umawiają się między sobą, który z nich i kiedy pierwszy zaatakuje), angażują się w aktywność grupy w trybie „ja”, a nie „my” – podobnie jak polujące grupowo lwy czy wilki. Nie ma w tym zachowaniu ani sensownego podziału pracy, ani poczucia „my” (po wszystkim zdobywca gerezy rudej z ociąganiem dzieli się nią ze współtowarzyszami).

Ludzie są przystosowani, jak żaden inny gatunek, pod względem poznawczym, emocjonalnym, ale również fizjologicznym do współpracy między sobą. Badacze zwrócili uwagę na fakt, że u człowieka widoczna część twardówki (potocznie zwana białkiem oka) jest zdecydowanie większa niż u pozostałych ponad 200 gatunków naczelnych, które mają ciemne oczy z mało zauważalną twardówką. To sprawia, że łatwiej jest innym zaobserwować, na co patrzymy. Aby to zrobić, trzeba koncentrować się na ruchu samych oczu, a nie całej głowy. Badania wykazały, że w podążaniu za czyimś spojrzeniem szympansy polegają niemal wyłącznie na położeniu głowy (śledziły ruch głowy eksperymentatora, nawet jeśli miał on zamknięte oczy). Natomiast dzieci koncentrują się niemal wyłącznie na oczach (śledziły ruch oczu badacza, nawet jeśli w ogóle nie ruszał głową). Uznano tę obserwację za jeszcze jedno świadectwo tego, że człowiek wyewoluował w grupach raczej nastawionych na współpracę niż rywalizację. Zjawisko to nazwano hipotezą kooperatywnego oka.

Jak więc zdobyć przyjaciela

Skoro jako gatunek jesteśmy tak wyjątkowo przystosowani do odczytywania intencji innych ludzi i tworzenia z nimi poczucia „my”, dlaczego dla tak wielu z nas oczekiwania, prawa i obowiązki wynikające z relacji przyjacielskiej są tak nieczytelne? Dlaczego tak trudno jest nam się z kimś zaprzyjaźnić? Dlaczego dla wielu z nas posiadanie przyjaciela i bycie dla kogoś przyjacielem jest wręcz niedościgłym marzeniem? W sztuce zawierania i podtrzymywania przyjaźni, pomimo prawie 200 tys. lat ćwiczeń, wciąż potrzebujemy łopatologicznych instrukcji.

Dostarcza ich z powodzeniem Andrew Matthews – autor wielu poradników dotyczących szczęścia i rysownik, którego książki przetłumaczono na 42 języki. W książce „Bądź przyjacielem i żyj wśród przyjaciół” podpowiada, jak zjednać sobie kompanów: „Ludzie, którzy nie obarczają innych winą za swój los, na ogół łatwiej zawierają przyjaźnie. Jeśli zaproszę cię na kolację i przez cały wieczór będę oskarżał rodzinę, szefa, sąsiadów – i ciebie – za to, że mi się nie wiedzie, nie będziesz czekać z zapartym tchem na nasze następne spotkanie, prawda? Postanawiasz spędzić ze mną czas w nadziei, że moje towarzystwo uczyni twoje życie pełniejszym i przyjemniejszym, że ze mną poczujesz się dobrze”. Puentuje tak: „Kiedy następnym razem przyjdzie ci ochota ponarzekać, zadaj sobie pytanie: Czemu ktoś miałby tego słuchać?”. Wspomina również swoją znajomą: „Ilekroć do niej zadzwonię – skarży się, że ...nigdy do niej nie dzwonię. Zgadnijcie, czemu do niej nie dzwonię”.

Spostrzeżenia Andrew Matthewsa potwierdzają liczne badania, które mówią o tym, że to osoby pełne energii, szczęśliwe i entuzjastyczne mają wielu przyjaciół. Ludziom po prostu chce się z nimi przyjaźnić, aby choć trochę ich radości życia spłynęło i na nich. Andrew Matthews na swój lekki i dowcipny sposób mówi jeszcze o jednym ważnym aspekcie przyjaźni – o tym, że nie istnieje coś takiego jak przyjaźń za wszelką cenę (nawet z kimś roześmianym od ucha do ucha). Pisze tak: „Kiedy wiemy, czego oczekujemy od przyjaźni, nasze oczekiwania są rozsądne, wówczas jesteśmy mniej narażeni na rozczarowanie. Z przyjaciółmi możesz być szczery. Na przyjaciół możesz liczyć. Możesz się przed nimi otworzyć. To wszystko prawda. Ale każda przyjaźń ma swoje granice. Jakie? Ludzie lubią być użyteczni, ale nie znoszą być wykorzystywani. Czyli: wykorzystywanie. Druga rzecz: znieważanie. To, że jesteś z kimś blisko, nie znaczy, że możesz go obrażać. Przyjaźń wymaga wrażliwości i taktu”.

Współcześnie przyjaźnienie się jest dla ludzi wyzwaniem. Bardzo chcielibyśmy się przed kimś otworzyć, ale nie akceptujemy ryzyka zranienia. Mówimy dużo o zaufaniu, ale chcemy kontrolować każdy aspekt naszego życia. Oczekujemy, że przyjaźń będzie przenosiła góry, a nie chce nam się z chorym przyjacielem pojechać do lekarza.

Dla Michaela Tomasello ci, którzy w czasach prehistorycznych nie pasowali do kooperującej wspólnoty homo sapiens, byli agresywni, zachłanni i egoistyczni. I zostali oni wytrzebieni przez dążącą do kooperacji egalitarną społeczność łowców-zbieraczy. Wydaje się, że współcześnie pod pozorami megaotwartości i przyjazności ludzie skrywają na powrót agresję, zachłanność i egoizm. Nie zostały więc one całkowicie wytrzebione.

Więc może teza o tym, że ludzie są stworzeni do kooperacji, jest pobożnym życzeniem pogodnego antropologa? A hasło „jeden za wszystkich…” podyktowała tylko literacka wyobraźnia?

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną