Dlaczego w rozmowie nie dajemy drugiej stronie dojść do głosu

A ja…
Co się dzieje, jeśli jedna strona na każde zdanie drugiej odpowiada: „A ja…”, i nie daje jej dojść do głosu? Problem przedstawia Katarzyna Czarnecka, komentuje dr Bartosz Zalewski, psycholog z Uniwersytetu SWPS.
Empatia jest rodzajem wyobrażenia sobie, co może w danym momencie przeżywać inna osoba i jakie są skutki tych uczuć.
Wolfgang Ludwig/Getty Images

Empatia jest rodzajem wyobrażenia sobie, co może w danym momencie przeżywać inna osoba i jakie są skutki tych uczuć.

Dr. Bartosz Zalewski

Dr. Bartosz Zalewski

Rozmowa polega na wymianie, czyli dialogu. Jeśli obie strony są siebie ciekawe, traktują się z szacunkiem, a gdy trzeba – z empatią, i przyznają sobie wzajemnie prawo do odmienności, obie zyskują. Oto trzy warianty takiej życiowej sytuacji, gdy – jak się wydaje – o empatii nie ma raczej mowy, nie mówiąc już o ciekawości drugiej osoby.

1. Osoba A mówi osobie B: – Wiesz, byłam na wakacjach w Egipcie. – Ja byłam dwa lata temu – mówi B i rozpoczyna dwudziestominutowy monolog o własnym urlopie.

2. Osoba A mówi osobie B: – Nie mogę jeść owoców morza, bo mam alergię. – A ja uwielbiam – ripostuje B. – Moim zdaniem są najzdrowsze, świetnie mi robią na żołądek, a te wszystkie uczulenia to jakaś fanaberia.

3. Osoba A mówi osobie B: – Mam nowotwór, leczenie rokuje, ale jest trudne, jestem tym zmęczona. – A ja mam cukrzycę i nie narzekam – odpowiada B. I rozwija opowieść o wszystkich swoich dolegliwościach, oskarżając przy okazji A o to, że za bardzo się skupia na sobie.

Co robi B

1. Wpływ B jest jedynie dyskursywny: zajmuje przestrzeń mówieniem.

2. Osoba B opowiada, ale do tego daje porady i wskazówki, a właściwie proponuje pewną filozofię życia związaną z żywieniem, wyraźnie oczekując, że A powinna się z nią zgodzić i ją przyjąć.

3. Tu B wręcz ocenia, oskarża i atakuje – to już wymuszenie: należy myśleć tak jak ona.

Dlaczego B mówi to, co mówi

1. Swoim zachowaniem osoba B mówi: rozumiem cię, są między nami podobieństwa. Powody wybrania takiego, a nie innego sposobu mogą być różne. Może być tak, że B nie tyle ma potrzebę dominacji, ile czuje się zobowiązana do zabawiania opowiadaniem o sobie, bo tak rozumie kulturalną konwersację. Tyle że jedynym pomysłem na to jest opowiadanie o sobie. Może chwilowo jest taka rozgadana albo ma po prostu taki styl funkcjonowania z ludźmi. Istnieje możliwość, że po takiej rozmowie będzie zmęczona, bo ciągłe gadanie, w dodatku na swój temat, raczej wyczerpuje.

2. Osoba B jest już w kontrze z odrobiną uszczypliwości w końcówce wypowiedzi. Może chce jedynie zaprezentować swoje zdanie, przedstawić nie tyle, co przeżyła, ale jak żyć. Może być tak, że nie ma łatwości w decentracji poznawczej lub mentalizacji. Oba terminy od różnych stron opisują taką umiejętność umysłu, za pomocą której człowiek odchodzi od swojego punktu widzenia i zaczyna się zastanawiać nad punktem widzenia innej osoby, jest w stanie wyobrazić sobie jej myśli, intencje, przeżycia. Gdyby ją miała, na kwestię osoby A odpowiedziałaby: „To ciekawe, ja uwielbiam owoce morza i według mnie są bardzo zdrowe. Bardzo ci współczuję, że nie możesz ich jeść”. I dzięki temu mogłyby sobie porozmawiać i być może wpaść na to, że przekonanie osoby A wynika z tego, że np. zjadła kiedyś nieświeże mule.

Tu jednak ewidentnie wygląda na to, że dla B pytanie, co dzieje się u innego człowieka, nie ma żadnej wartości, bo odpowiedź nic jej nie da. Bez umiejętności mentalizacji nie zrozumie lepiej, co się u niego dzieje, i nie poczuje niczego specjalnego. Dialog to dla niej zatem aktywność bezsensowna. Pozostaje jej informować świat o własnym samopoczuciu i przeżywaniu.

Mentalizacja może się nie rozwinąć z kilku powodów. Z tego, że rodzice nie bardzo wiedzieli, jak to robić, więc dziecko nie miało się jak nauczyć. Ale może to być też osoba, która ma wysoką potrzebę tzw. domknięcia poznawczego, czyli prostej i dostępnej natychmiast wiedzy na temat siebie, świata i innych ludzi. I niekoniecznie prawdziwej – to sprawa trzeciorzędna. Dla takiego człowieka najważniejsze jest unikanie niejasności, złożoności, wieloaspektowości, bo to grozi poczuciem chaosu, który jest dla niego nie do wytrzymania. To wprawdzie nie znaczy, że nie zainteresuje się innymi osobami, ale tylko do momentu, kiedy to będzie jasne.

3. Reakcja B może wynikać z motywów wymienionych wcześniej, ale może to być także jej sposób na radzenie sobie z trwogą przed śmiercią. Podam najjaskrawszy przykład: w latach 60. przeprowadzono badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie, którzy przeżyli obozy koncentracyjne, nie mówią o tym. Okazało się, że zwierzają się ze swoich przeżyć, ale tylko tym, którzy także w obozach byli. Bo jak tylko próbują rozmawiać z innymi, nikt nie chce tego słuchać. Osoba B mogła tak zareagować, bo mówienie o nowotworze uświadamia jej własną śmiertelność, więc zagaduje niepokój: ale o co chodzi, nie przejmuj się, nie przesadzaj. To rodzaj ochrony samego siebie.

Ale jest tu jeszcze ostatnie zdanie, które zmienia wszystko: Za bardzo skupiasz się na sobie. To klasyczna projekcja – przekonanie, że we wszystkich innych dzieje się tylko to, co we mnie. I znów: takie doświadczenie mają małe dzieci, dopiero z czasem uczą się, że tak nie jest. Niektórym jednak ta nauka nie wychodzi. Na przykład mąż mówi: Ja wiem, że moja żona mnie kocha, tylko nie rozumiem, czemu mnie oszukuje i mówi, że mnie nie kocha. Jest w tym także przemoc dyskursywna, w której osoba o – wyimaginowanej lub realnej – wyższej randze komunikuje: wiem, że tak naprawdę tak nie myślisz, wiem, że myślisz naprawdę coś innego, znam cię lepiej niż ty sam siebie. To wszystko wskazuje, że osoba B jest przekonana, że to inni ludzie nie chcą jej słuchać, gadają tylko o sobie i ona musi walczyć o to, żeby cokolwiek o sobie powiedzieć. Ma zatem podstawy do czucia się ofiarą i oskarżania innych: jeżeli nie czują tego samego co ja, to robią to specjalnie, złośliwie i przeciwko mnie.

Skoro przywołaliśmy osoby o wyższej randze, załóżmy, że rozmowa 3. toczy się między córką lub synem a matką lub ojcem. Gdyby osoba B tego ostatniego zdania nie dodała, a powiedziała np.: Dziecko, ale przecież tylu ludzi żyje z rakiem, to można by to wziąć za próbę pocieszenia. W tym wypadku hipoteza byłaby taka, że być może ten rodzic obawia się najgorszej chyba rzeczy, jaka może go spotkać – utraty dziecka – i przerażenie chwilowo odbiera mu rozum. I żeby móc o tym rozmawiać, musi najpierw znaleźć jakieś sposoby na uporanie się ze swoimi emocjami. Dopiero jeśli ten etap by nie nastąpił, można by uznać, że albo nie znalazła metody i musi się koncentrować na sobie, albo – że jednak takie stawianie siebie przed innymi osobami niezależnie od sytuacji to jej właściwość stała.

Co traci B

Patrząc z boku na takie osoby, widzimy, że pozbawiają się szansy na realny kontakt z drugim człowiekiem. Odrzucając możliwość dialogu i zmiany w sobie, odtwarzają tylko wciąż swój świat wewnętrzny.

Subiektywnie zaś nierzadko mają takie poczucie, że czegoś nie rozumieją, nie wiedzą, o co chodzi, albo że rzeczywistość nie chce się dostosować. Ona powinna być prosta: ktoś się urodził świnią, umrze świnią, ktoś urodził się porządny, umrze porządny. I kiedy nagle ktoś, kto urodził się świnią, robi się porządny albo na odwrót, to jest niepojęte.

Ludzie inteligentni, z wyższych sfer, myślą sobie niekiedy: Jak to by było dobrze być człowiekiem, który ma proste myślenie i proste przeżywanie. Otóż byłoby to okropne: być prostym znaczy być zagubionym, nieskutecznym, nie wiedzieć, o co chodzi, i przeżywać katusze wynikające z przekonania, że inni działają przeciwko mnie i że świat jest jakoś zbyt skomplikowany.

Dlaczego A milczy

W sytuacjach, kiedy jedna osoba zalewa drugą słowami, ta druga jest nie mniej interesująca od tej monologującej. Bo taką sytuację tworzą obie strony: nie da się mówić o sobie komuś, kto opuszcza scenę rozmowy. A przecież każdy, jak chce, może to zrobić: Przepraszam, muszę kończyć, bo żelazko, ogień, dzieci skaczą z okien itd. Muszę wyjść, bo coś się dzieje. Osoby A jednak cierpliwie słuchają, nie przerywają, nie wtrącają się. Dlaczego?

1. Może A czuje, że powinna być grzeczna. Albo jest zadowolona, że nie musi mówić na swój temat, albo jest zmęczona i niech tamta druga pokłapie dziobem.

2. Tu może myśleć: gadaj zdrów, ależ głupoty gadasz, jesteś nieempatyczna, prostacka – czyli recenzować B. I choć w żaden sposób nie wnosi tego w relację, wychodzi z rozmowy z poczuciem wyższości, tego, że ta druga jest dziwaczna i nie ma co się nią za bardzo przejmować.

3. W tej opowieści A także może negatywnie recenzować, ale może usłyszeć próbę pocieszenia i wybaczać, że jest ona trochę nieudolna. Bo może sama nie wiedziałaby, jak pocieszać w takiej sytuacji. Tak jak pewien pan, który dowiedział się, że jego bardzo bliski przyjaciel zachorował na raka, i zwierzał się synowi: Nie wiem, jak mu powiedzieć, że ja się strasznie jego chorobą przejmuję.

Tak czy inaczej A oczywiście coś myśli, coś przeżywa, ale nie korzysta z możliwości wpłynięcia na tę relację w tym momencie. Gdyby to zrobiła, być może złagodziłaby nieco trud osoby B, pomogła jej wyobrażać sobie lepiej, co dzieje się z innymi ludźmi, dzięki czemu jej życie stałoby się łatwiejsze, bo znalazłaby sposób jak reagować. Ale jest zrozumiałe, że dla A pewnym trudem jest wniesienie siebie w tego typu relację, może mieć kłopot z powiedzeniem: Jak tak mówisz, to odsuwam się od ciebie i mam o tobie naprawdę nieprzychylne mniemanie.

Oczywiście – jeśli wrócić do założenia, że rozmawia dziecko z rodzicem – może tu mieć znaczenie uległość wobec autorytetu, strach przed sprzeciwieniem mu się. Choć i tu mogą być dwie możliwości. Albo ten autorytet został nadany automatycznie i po prostu obowiązuje w każdej sytuacji, bo przecież matka i ojciec zawsze mają rację. Albo nie ma to nic wspólnego z autorytetem, a jedynie jest efektem umowy lub przyzwyczajenia, że B obsadzona jest w roli mówcy, a A – słuchacza.

Jest także trzecia możliwość. Osoba A nie odczuwa zbytnich emocji, bo nawykła do takiej relacji stosuje taktykę: A niech sobie gada, co chce, ja przecież mogę nie słuchać. Wtedy B ma zysk, bo czuje, że się wygadała na swoich warunkach, a A – ma spokój na swoich. Choć to akurat – wziąwszy pod uwagę sytuację – jest raczej mało prawdopodobne.

WYSŁUCHAŁA KATARZYNA CZARNECKA

***

Mentalizacja a empatia

Empatia jest rodzajem wyobrażenia sobie, co może w danym momencie przeżywać inna osoba i jakie są skutki tych uczuć. To zatem rodzaj poznawczej aktywności, ale skoncentrowanej na konkretnej rzeczy i z pewnym pobudzeniem emocjonalnym.

Mentalizacja jest szersza – to umiejętność tzw. psychologizowania, wyobrażania sobie, co inni ludzie mają w środku. Człowiek nabywa ją wraz z rozwojem. Dla noworodka świat i Ja jest jednym. Kiedy mózg się rozwija, zaczyna zauważać kształty, dostrzegać twarze innych osób, czyli pojmować, że Ja i świat to nie to samo. I dopiero wtedy, powoli, zaczyna umieć wyobrażać sobie, co myślą i czynią inni ludzie. Choćby naśladując rodziców, którzy muszą sobie wyobrażać jego stan mentalny. Taka właściwość ustala się mniej więcej do 4. roku życia.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną